Katarzyna Honik: Kapitan w Durbanie.

Nieczęsto zdarza się, aby do Durbanu zawitał ktoś, kto od dziesięcioleci zapisuje kolejne karty historii polskiego żeglarstwa. A już z pewnością nieczęsto mamy okazję spotkać człowieka, który mając 88 lat po raz trzeci samotnie opływa świat.

Dlatego wizyta Krzysztofa Baranowskiego była dla naszej społeczności polonijnej wydarzeniem wyjątkowym.

 

Wejście do Royal Natal Yacht Club
14 października 2026, środa • Durban

„Meteor” wpływa do basenu Royal Natal Yacht Club
fot. Kevin Joseph


Ostatni klar przed zejściem na ląd
fot. Kevin Joseph

Na afrykańskim lądzie
fot. Kevin Joseph

Wśród witających była Małgorzata Olejniczak – florystka, która podarowała Kapitanowi bukiet protei,
narodowych kwiatów Republiki Południowej Afryki; za nimi Mariola Pawelczyk
fot. Kevin Joseph

Kapitan w Durbanie
fot. Kevin Joseph

 

Niedzielne spotkanie
18 października 2026 • Royal Natal Yacht Club • Durban

Dzięki wspólnemu zaangażowaniu Krystyny Żyłuk-Żylińskiej, Jacka Gołębiowskiego i mojemu spotkaliśmy się w niedzielę 18 października w Royal Natal Yacht Club, aby Kapitana powitać, posłuchać jego opowieści i po prostu pobyć razem.

Mnie przypadła dodatkowo rola Mistrzyni Ceremonii, czyli poprowadzenie spotkania i przedstawienia naszego wyjątkowego gościa.

Podczas powitania Kapitana w Royal Natal Yacht Club
fot. Mariola Pawelczyk

Szanowny Panie Kapitanie, Szanowni Państwo!

W imieniu Polonii w Durbanie przede wszystkim powiem: Panie Kapitanie, serdecznie witamy w Durbanie!

Przygotowując się do dzisiejszego spotkania, stanęłam przed dylematem, jak w ciągu kilku minut przedstawić człowieka, który przez kilkadziesiąt lat zdążył przeżyć tyle, że wystarczyłoby na kilka niezwykle interesujących życiorysów?

Można oczywiście powiedzieć, że kapitan Krzysztof Baranowski jest legendą polskiego żeglarstwa.

Można przypomnieć, że jako pierwszy Polak samotnie opłynął Przylądek Horn, że dwukrotnie samotnie opłynął świat, że jest dziennikarzem, autorem książek, twórcą Szkoły Pod Żaglami i człowiekiem, który zainspirował całe pokolenia młodych ludzi do odkrywania świata.

Ale pomyślałam sobie, że większość z nas doskonale to wie. Dlatego nie będę dzisiaj wymieniać kolejnych dat, rekordów i odznaczeń. Spróbuję pokazać naszego gościa trochę inaczej. Nie tylko jako wielkiego żeglarza, którego nazwisko na trwałe zapisało się w historii polskiego żeglarstwa, ale przede wszystkim jako człowieka.

Szukając takiego Krzysztofa Baranowskiego, natrafiłam na kilka historii, które bardzo mi się spodobały.

Otóż pan Kapitan przyznał kiedyś, że jednym z powodów, dla których chciał zostać kapitanem, było to, że… nie lubił gotować. A w tamtych czasach kapitan był jedyną osobą na jachcie zwolnioną z tego obowiązku.

Plan wydawał się doskonały. Tyle że morze najwyraźniej ma własne poczucie humoru, ponieważ podczas wielkiej wyprawy na jachcie „Śmiały” Krzysztof Baranowski przez szesnaście miesięcy pełnił funkcję kuka, czyli kucharza pokładowego. Myślę, że jest w tej historii coś bardzo charakterystycznego dla życia na morzu: człowiek może sobie zaplanować kurs, ale rzeczywistość od czasu do czasu postanawia go skorygować.

Znalazłam też inną wypowiedź Kapitana, która szczególnie zwróciła moją uwagę:

„Podczas samotnego rejsu, paradoksalnie, najmniej jest kapitanem. Trzeba być jednocześnie bosmanem, mechanikiem, elektrykiem, kucharzem – i oczywiście kapitanem. Bo kiedy coś przestaje działać pośrodku oceanu, nie można po prostu wezwać fachowca – trzeba samemu znaleźć rozwiązanie.”

I może właśnie dlatego samotne żeglowanie wymaga czegoś znacznie więcej niż odwagi. Wymaga ogromnej wiedzy, samodzielności, cierpliwości i pokory wobec morza.

Ale morze to przecież nie tylko sztormy, awarie i samotność. To również chwile niezwykłego piękna.

Pan Kapitan opowiadał kiedyś o delfinach, które towarzyszą jego jachtowi. Kiedy słyszy je nocą, wychodzi na pokład, obserwuje je, klaszcze, a nawet do nich śpiewa. I – jak sam żartobliwie zauważył – on podziwia delfiny, a delfiny podziwiają jego.

Jest jeszcze coś, co szczególnie mnie poruszyło. Otóż człowiek, który ma za sobą tyle niezwykłych wypraw, otwarcie przyznaje, że na morzu odczuwa strach. Myślę, że właśnie w tym tkwi jedna z najważniejszych lekcji, jakie możemy wynieść z jego doświadczeń: odwaga nie polega na tym, żeby się niczego nie bać; polega na tym, żeby mimo strachu zachować rozsądek, podejmować odpowiedzialne decyzje i nie rezygnować ze swoich marzeń.

A skoro mowa o marzeniach…

W życiu Krzysztofa Baranowskiego obok morza pojawia się jeszcze jeden niezwykle ważny temat: młodzi ludzie. Stworzona przez Kapitana Szkoła Pod Żaglami to coś znacznie więcej niż nauka żeglowania. To przede wszystkim idea wychowania młodych ludzi w duchu odpowiedzialności, współpracy, samodzielności, pokory wobec natury i poznawania własnych możliwości.

Pan Kapitan powiedział kiedyś, że człowiek, który przez wiele miesięcy przebywa samotnie na morzu, ma czas pomyśleć nad wieloma sprawami. A po powrocie zaczyna realizować pomysły, które narodziły się gdzieś pośrodku oceanu.

W jego przypadku rzeczywiście tak się dzieje. Z kolejnych wypraw rodziły się nowe marzenia. Z marzeń powstawały żaglowce. A z nich – doświadczenia, wspomnienia i życiowe lekcje dla setek młodych ludzi.

Można by pomyśleć, że po takim życiu przychodzi wreszcie moment, kiedy człowiek siada wygodnie w fotelu i zaczyna opowiadać o dawnych czasach. Ale najwyraźniej nie kapitan Baranowski. Bo dzisiaj nie witamy w Durbanie człowieka, który kiedyś samotnie opływał świat. Witamy człowieka, który właśnie teraz go opływa. Mając 88 lat. Po raz trzeci. Samotnie.

Tym razem na jachcie „Meteor”. Trasa jego wyprawy liczy ponad trzydzieści tysięcy mil morskich i prowadzi z Teneryfy przez Martynikę, Kanał Panamski, Tahiti, Fidżi, Darwin, Mauritius, Durban, Kapsztad i z powrotem na Teneryfę. Kiedy wymienia się te miejsca, brzmi to niemal jak lista marzeń podróżnika.

Dla kapitana Baranowskiego to kolejna wielka żeglarska przygoda. A motto tej wyprawy brzmi: „Marzenia nie mają terminu ważności.”

Panie Kapitanie! Dla nas wszystkich te słowa mają dzisiaj szczególne znaczenie. Bo wypowiada je człowiek, który nie tylko w nie wierzy, ale całym swoim życiem pokazuje, że naprawdę można według nich żyć.

My – Polacy mieszkający tysiące kilometrów od naszej ojczyzny – oczywiście w zupełnie innym wymiarze również wiemy coś o przekraczaniu granic, rozpoczynaniu nowych rozdziałów życia i o tym, że czasami trzeba mieć odwagę zostawić bezpieczny port za sobą. Wiemy, że nie każda droga prowadzi z wiatrem, że czasami trzeba zmienić kurs, zmierzyć się z nieznanym i odnaleźć swoje miejsce daleko od domu. I choć nasze życiowe podróże są nieporównywalne z samotnym przemierzaniem oceanów, łączy je jedna prosta rzecz: gdziekolwiek jesteśmy na świecie, Polska pozostaje portem, z którego kiedyś wyruszyliśmy i który zawsze nosimy w sercu.

Dlatego tym bardziej cieszymy się, że jeden z portów na trasie Pana niezwykłej podróży znajduje się właśnie tutaj, w Durbanie.

Panie Kapitanie, jest nam ogromnie miło i jest dla nas prawdziwym zaszczytem gościć Pana wśród nas. Życzymy panu spokojnego morza, pomyślnych wiatrów i bezpiecznej dalszej żeglugi. A przede wszystkim dziękujemy, że możemy dzisiaj spotkać się z panem osobiście.

Mogłabym mówić dalej, bo materiału wystarczyłoby spokojnie na wiele godzin. Ale byłby to poważny błąd z mojej strony. Bo przecież nie przyszliśmy tutaj słuchać o kapitanie Baranowskim. Przyszliśmy słuchać kapitana Baranowskiego.

Panie Kapitanie – Durban i tutejsza Polonia serdecznie Pana witają.

A teraz z ogromną przyjemnością oddaję Panu głos.

Kapitan wstał.

fot. Mariola Pawelczyk

– Skoro wszyscy tak wiele już o mnie wiedzą – powiedział – niewiele pozostało mi do dodania.

I wtedy wszyscy wybuchnęli śmiechem!

Słuchaliśmy jego historii, a po nich zadawaliśmy pytania. Atmosfera była serdeczna i swobodna, bez dystansu, który mógłby dzielić tak znanego żeglarza od ludzi ciekawych jego świata.

fot. Mariola Pawelczyk

Nie zabrakło również książek Kapitana. Chętnych do zakupu było znacznie więcej niż egzemplarzy, dlatego sprzedaż szybko przerodziła się w spontaniczną licytację, którą Mariola Pawelczyk poprowadziła z ogromną energią i zaangażowaniem.

Dla mnie ten dzień miał jeszcze jeden szczególny wymiar. Zobaczyłam znajome twarze, których nie widziałam od lat, powróciły dawne wspomnienia, pojawiły się nowe znajomości. Nie zawsze mamy okazję spotkać się w takim gronie. Tym razem połączyła nas obecność człowieka, który samotnie przemierza oceany.

Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim, którzy pomogli zorganizować to spotkanie, oraz każdemu, kto zechciał w nim uczestniczyć. Dzięki nim ta październikowa niedziela w Royal Natal Yacht Club pozostanie dla nas pięknym wspomnieniem.

Cieszę się również, że na wszelki wypadek przygotowałam i wydrukowałam angielską wersję mojego przemówienia. Wiedziałam, że w naszej Polonii są rodziny, w których nie wszyscy mówią po polsku. Ostatecznie z przygotowanej kopii skorzystała jedna osoba. Mała rzecz, a sprawiła mi ogromną satysfakcję.

 

Kilka dni z Kapitanem w naszym domu
19-22 października 2026 • Durban

Po niedzielnym spotkaniu Kapitan wrócił na jacht, ale już następnego dnia mieliśmy – ja i mój mąż Tomek – przyjemność gościć go w naszym domu w uMhlanga Rocks. Ta część jego wizyty miała zupełnie inny, spokojniejszy charakter.

Krzysztof opowiadał o trudnym podejściu do Durbanu. Przez trzy doby praktycznie nie spał, dlatego po dotarciu na ląd był bardzo wyczerpany i potrzebował przede wszystkim odpoczynku.

W poniedziałek, 19 października, rano pomogłam zorganizować wizytę doktor Barbary Hipner, która przyjechała na jacht z lekarstwami, ponieważ Kapitanowi dokuczało przeziębienie. Tego samego dnia nasz zięć Robert Gibson przywiózł Krzysztofa do nas, by wreszcie mógł spokojnie odpocząć i nabrać sił.

Planowaliśmy tego wieczoru rodzinną kolację z córką Alicją, zięciem Robertem i wnukami – Gabrielem i Noahem. Kapitan jednak zasnął tak głęboko, że nie było mowy o wspólnym posiłku. I bardzo dobrze! Po tylu nieprzespanych nocach sen był mu znacznie bardziej potrzebny niż towarzystwo przy stole.

Razem zjedliśmy obiad dopiero we wtorek. Krzysztof opowiadał, że nawet na lądzie jego organizm nie przestawia się od razu na zwykły rytm dnia i nocy. Przyzwyczajenie do czuwania i krótkich okresów snu podczas samotnych rejsów pozostaje z nim również wtedy, gdy może już odpoczywać w normalnych warunkach.

Kapitan nie musiał nic mówić – po tym, jak patrzył na czteromiesięcznego Enzo, pieska naszych wnuków, widać było, że kocha psy!
fot. Katarzyna Honik

Podczas rozmów odkryliśmy też miły zbieg okoliczności: oboje pochodzimy z Wrocławia! Krzysztof wspominał Most Zwierzyniecki, Politechnikę Wrocławską, na której pracowała moja mama oraz ulicę Wybrzeże Wyspiańskiego, przy której kiedyś mieszkał. Znam te okolice doskonale. Jako dziesięcioletnia dziewczynka często przechodziłam przez ten most, idąc na prywatne lekcje gry na pianinie. Kto by pomyślał, że po tylu latach, tysiące kilometrów od rodzinnego miasta, spotkamy się właśnie tutaj w Durbanie i będziemy wspominać te same wrocławskie miejsca?

I właśnie z pianinem wiąże się jeszcze jedna historia.

Jeszcze przed przyjazdem Krzysztof zapytał, czy mamy w domu pianino. Nie mieliśmy, ale wspomniałam, że nasza córka ma keyboard, na którym uczyli się grać wnukowie. Niestety: podczas remontu gdzieś zapodział się kabel zasilający i nie udało się go odnaleźć. Zastanawiałam się, czy gdyby instrument był sprawny, mielibyśmy okazję posłuchać kapitana przy klawiaturze – teraz już wiem, że tak. Jaka szkoda, że tak się nie stało!

Wtedy jednak wydobyłam gitarę – niezwykłą rodzinną pamiątkę po moim tacie. To siedmiostrunowy instrument, który towarzyszył mu podczas wojennej drogi od Lenino aż po Berlin. Krzysztof oglądał gitarę z dużym zainteresowaniem i nawet zaproponował, że mógłby pomóc ją odrestaurować: wymienić struny i odpowiednio zakonserwować. Było mi bardzo miło, ale czasu mieliśmy niewiele, a przede wszystkim zależało mi, żeby Kapitan mógł odpocząć i odzyskać siły. Gitara pozostała więc taka, jaka była przez wszystkie te lata, jako cenna rodzinna pamiątka.fot. Katarzyna Honik

Po niedzielnym spotkaniu przesłałam kilka zdjęć mojej koleżance Asi z Wrocławia. Wiedziałam, że interesuje się Kapitanem i śledzi jego rejs dookoła świata. Asia odpowiedziała bardzo serdecznie, z ogromnym entuzjazmem. Jej reakcja tak mi się spodobała, że postanowiłam przeczytać ją Krzysztofowi.

I wtedy wydarzyło się coś naprawdę uroczego: Krzysztof wysłuchał mnie, po czym zupełnie niespodziewanie zapytał: „Umiesz zrobić selfie?”. Odpowiedziałam, że oczywiście, na co on: „No to robimy selfie i wysyłamy!”.

I tak właśnie powstało poniższe zdjęcie, jedno z trzech, które zrobiłam u nas w domu, w piękny, słoneczny poranek, chyba jeszcze przed śniadaniem. 

Selfie dla Asi
fot. Katarzyna Honik

To był drobny, ale niezwykle serdeczny gest ze strony Krzysztofa – nikt go o nic nie prosił, sam wpadł na ten pomysł – i właśnie takie spontaniczne chwile pozostają w pamięci najdłużej. Ta mała historia pokazuje Krzysztofa nie tylko jako niezwykłego żeglarza, ale również jako człowieka, który potrafi sprawić komuś ogromną radość jednym prostym gestem.

Asia napisała jeszcze: „A dajcie mu dobrze pojeść i pospać, aby miał siłę na kolejny etap!”. Odpowiedziałam: „Możesz być spokojna! Wczoraj nakarmiliśmy go porządnie, a teraz odsypia trudy morskiej podróży w wygodnym łóżku. Nie wypuścimy go na dalszy rejs głodnego i niewyspanego!”.

 

Tego samego dnia Krzysztof zapytał, czy znam masażystę lub fizjoterapeutę, bo podczas postojów w portach stara się korzystać z takiej pomocy. Odpowiedziałam z uśmiechem, że nie musi daleko szukać ponieważ nasz zięć Robert jest fizjoterapeutą sportowym.

Robert chętnie zgodził się pomóc i jeszcze we wtorek wykonał Kapitanowi masaż, a następnie ponownie we czwartek rano, przed powrotem Kapitana na jacht. 

Mój zięć, Robert Gibson – fizjoterapeuta przy pracy
fot. Katarzyna Honik

We środę, 21 października, zawiozłam Kapitana na „Meteora”, ponieważ tego dnia miał zostać dostarczony żagiel, który był w naprawie. Przy okazji Krzysztof umył burtę, trochę wspólnie posprzątaliśmy i pozbyliśmy się niepotrzebnych rzeczy.

W marinie spotkaliśmy dwóch żeglarzy, w tym Amerykanina, który również żeglował w kierunku Kapsztadu. Poprosił mnie o zrobienie mu zdjęcia z Kapitanem, więc skorzystałam z okazji i poprosiłam, żeby zrobił również kilka zdjęć nam. Jak widać, wiatr zadbał o moją fryzurę!

arch. Katarzyna Honik

Te kilka dni miało dla nas szczególny charakter. Nie było napiętego programu, kolejnych spotkań ani konieczności opowiadania wciąż na nowo o swoich przygodach. Były za to spokojne rozmowy, wspólne posiłki, wspomnienia i przede wszystkim czas na odpoczynek.

Tomek i Krzysztof znaleźli wspólny język ludzi morza. Rozmawiali sporo o wiatrach, prądach morskich i trudnych warunkach żeglugi na trasie Durban – Cape Town, szczególnie w rejonie Przylądka Agulhas.

Miałam wrażenie, że Kapitan dobrze czuł się w tej domowej atmosferze. Mógł po prostu zregenerować siły przed dalszą podróżą.

We czwartek odwieźliśmy Krzysztofa na „Meteora”, aby mógł przygotować się do piątkowego wypłynięcia. Znów czekał na niego ocean, kolejne mile i następny etap samotnego rejsu.

Dla nas pozostały wspomnienia tych kilku niezwykłych dni, których długo nie zapomnimy.

 

Wyjście z Royal Natal Yacht Club
23 października 2026, piątek • Durban

Zdjęcia robiliśmy sami: najpierw ja, później oddałam aparat Basi Hipner, żeby też być na pożegnalnej fotografii pamiątkowej z Kapitanem.


Na pierwszym, od lewej: Cecylia Pelczarska, za nią Jacek Gołębiewski, Maciek Hipner, Keliva z Malawi – wychowanica Cecylii i Jacka, Krzysztof i Basia Hipner – żona Maćka
(fot. Katarzyna Honik)
Na drugim: z lewej ci sami, ale z prawej strony – ja
(fot. Barbara Hipner)

 



fot. Katarzyna Honik

Dziękujemy za wizytę w naszym domu. Pomyślnych wiatrów i bezpiecznej dalszej żeglugi!

 

W mediach

Przed przyjazdem Krzysztofa do Durbanu, 12 października, skontaktowałam się z lokalnymi gazetami oraz East Coast Radio, przedstawiając Kapitana: jego niezwykłą historię, osiągnięcia i obecny rejs dookoła świata.

Od gazet nie otrzymałam odpowiedzi, natomiast East Coast Radio skontaktowało się ze mną jeszcze tego samego dnia! We wtorek, 20 października, przeprowadzono i nagrano z Kapitanem wywiad trwający około 15 minut.

Następnego dnia, we środę 21 października, o godzinie 15:00, w serwisie informacyjnym wyemitowano krótki, nieco ponad minutowy materiał, zawierający zapowiedź prezentera wiadomości oraz fragment wypowiedzi samego Kapitana. Choć liczyłam na szerszą prezentację wywiadu, cieszę się, że niezwykły rejs Krzysztofa Baranowskiego zainteresował lokalne media, a słuchacze mieli okazję usłyszeć jego głos na antenie.

 

Po wypłynięciu Kapitana Jacek Gołębiewski napisał na profilu naszej grupy:

W naszej młodości mieliśmy liderów. My chcieliśmy dorównać naszym liderom żeglarstwa. Tak jak ja, będąc w roku 1979 w szkółce sterników pełnomorskich w Szczecinie. W okresach zimowych przygotowaliśmy jachty, również dla Kapitana Baranowskiego w następne rejsy. A teraz są tego owoce: po 47 latach nasze drogi się spotkały pierwszy raz i to w Durbanie. Chylę czoła i mam respekt dla jego wytrwałości w osiągnięciu zamierzonych celów.

 

Odpisałam:

Jacku, wzruszyło mnie to, co napisałeś. Życie potrafi nas naprawdę pięknie zaskoczyć i czasami po wielu latach spełnia marzenia, o których może nawet już nie myślimy. Wyobrażam sobie, ile wspomnień i emocji musiało wywołać w Tobie to spotkanie. Tym piękniejsze, że człowiek, którego podziwiałeś w młodości, po tylu latach nadal realizuje swoje marzenia i inspiruje innych swoją odwagą i wytrwałością.

Tym bardziej cieszę się, że to spotkanie miało dla Ciebie tak osobiste znaczenie i że mogliśmy wspólnie przeżyć te wyjątkowe chwile.

Myślę, że wszyscy wyniesiemy z tej wizyty coś szczególnego, a dla Ciebie z pewnością pozostanie ona wspomnieniem na całe życie.

Katarzyna i Tomek Honik
uMhlanga Rocks koło Durbanu
Republika Południowej Afryki


Katarzyna Honik – do RPA przyjechała w 1981 roku; przez 13 lat pracowała w bankowości, a następnie przez 15 lat była dyrektorką w The Barnyard Theatre. W marcu 2020 roku, w dniu rozpoczęcia lockdownu w RPA, wraz z mężem Tomaszem, wyleciała czarterowym samolotem do Polski. Oboje mieli zamiar pozostać tam (Gdynia) na stałe. Życie jednak napisało inny scenariusz: we wrześniu 2025 r. wrócili do RPA i zamieszkali w uMhlanga Rocks, pod Durbanem, dosłownie drzwi w drzwi z córką Alicją i jej rodziną.

Tomasz Honik całe życie zawodowe związał z morzem: jest starszym mechanikiem okrętowym (Chief Engineer), przez wiele lat pracował jako Marine Superintendent w Durbanie, a później również w południowoafrykańskiej administracji morskiej.

Obecnie oboje są na emeryturze.

„Otaczają nas ludzie, których serdeczność i otwartość zawsze były dla mnie jednymi z największych zalet tego kraju. RPA oczywiście ma swoje problemy, ale po tylu latach życia tutaj stała się nieodłączną częścią naszej historii. Polska zawsze pozostanie naszą ojczyzną, jednak Afryka Południowa jest również naszym domem” – napisała Katarzyna.


► Periplus – powrót na Stronę Główną