Razem z Dariuszem Sellem, bratankiem Ludomira, napisałem kilka zdań, żałując, że obaj nie możemy być przy grobie Ludka w 20. rocznicę Jego odejścia.
Prosiłem Michała Jósewicza, szefa szczecińskiego oddziału Bractwa Wybrzeża, o odczytanie tych kilku słów, by w ten sposób dołączyć do Braci, wspólnie oddając Ludkowi pamięć i honor. Jednak Michał stwierdził, że – jak na lata przyjaźni i wspólnych rejsów – to za mało. Prosił, bym uzupełnił to jakimś opowiadaniem. W moim „Archiwum Ludkowym” jest folder zatytułowany „Historyjki”, w którym są zawarte różne anegdoty związane osobą Ludka. Tak więc przytoczę teraz jedną z historyjek, chociaż jej treść była opowiadana przeze mnie wielokrotnie i opisywana w dwóch książkach.
Było to prawie 40 lat temu. Pierwszego lipca 1987 r. przyleciałem wraz z Ludkiem do wioski inuickiej Gjoa Haven. Ludek z Edmonton w Kanadzie, ja z Polski, ale przez Edmonton. Nasz jacht, Vagabond 2, stał na piaszczystym, nieco pochylonym, lądzie, blisko wody Zatoki Gjoa Haven.
1987, lipiec, Gjoa Haven: Vagabond’eux na brzegu zatoki
fot. Wojciech Jacobson
Po dotarciu do jachtu, stwierdziliśmy, że wejściówka, starannie przez nas w 1986 roku zaszalowana, została wyłamana.
1987, lipiec, Gjoa Haven: Ludek wchodzi na jacht, ja układam to, co przywieźliśmy
fot. Jerzy Łubisz
Nie weszliśmy do wnętrza, chcąc najpierw zawiadomić policję o włamaniu. Biały policjant, złapany gdzieś w terenie, orzekł, że mamy wejść do środka, a on sam zjawi się nazajutrz. W wiosce był wypadek: zginęły dwie osoby, ojciec i syn, przy czyszczeniu zbiorników po paliwie. Trwało śledztwo i uroczystości żałobne z udziałem pastora anglikańskiego i księdza katolickiego. Obaj przyjezdni.
We wnętrzu jachtu nie było większych szkód. Zginęła, dość cenna, latarka stroboskopowa i zanieczyszczony został kibel, czyli WC. Nasze dalsze życie potoczyło się zgodnie z zasadą szefa wyprawy i właściciela jachtu: „do roboty” (z francuskiego au boulot): znaczyło to przygotowanie łódki do wodowania i rejsu.
Trumien nie pochowano: grunt był jeszcze zamarznięty więc zostały pozostawione na otwartym polu.
1987, 16 sierpnia, Gjoa Haven: trumny na zamarzniętej ziemi
fot. Wojciech Jacobson
16 sierpnia 1987 r., czyli po 6 tygodniach od wypadku w Gjoa Haven i uroczystościach żałobnych, zaprzyjaźniony Eskimos (Inuk), Eddie Kikoak, katolik, zwrócił się do nas o pomoc: ziemia zmiękła, koparka przygotowała doły, pozostał pochówek trumien.
Obaj przystąpiliśmy do akcji, szczególnie przykładał się Ludek. To była ciężka praca fizyczna: zasypanie trumien twardą, wpół zamarzniętą, ziemią i utworzenie grobów z drewnianymi krzyżami. Groby stanęły w miejscu cmentarnym, widocznym z daleka, nawet z wody.
1987, 16 sierpnia, Gjoa Haven: cmentarz nad brzegiem zatoki
fot. Wojciech Jacobson
Obaj mieliśmy podobne odczucia: dusze zmarłych Eskimosów – Inuitów pomogą nam w żeglarskich i morskich poczynaniach.
Pozostało tak do dziś: dusze Ludka i zmarłych przyjaciół żeglarzy sprzyjają nam nieustannie.
Wieczny odpoczynek racz dać im, Panie…
Wojciech Jacobson
30 stycznia 2026
Na stronie głównej: „Świt za Cieśniną Bellota”,
fot. Wojciech Jacobson (1988-08-26)
