To wywiad – rzeka, który Snyder etapami prowadził z umierającym Judtem tak, by ocalić jak najwięcej z jego cennych przemyśleń, doświadczeń, spojrzeń. Jest historią dwudziestowiecznych idei Europy i Stanów Zjednoczonych.
Jest też czymś więcej: Snyder zachęca rozmówcę – myśliciela uczestniczącego bezpośrednio w wydarzeniach i życiu ludzi swej epoki i przechodzącego własne ideologiczne przeobrażenia – do osobistych wtrętów ogromnie wzbogacających narrację.
Obaj Autorzy wnieśli ogromny wkład intelektualny w to, abyśmy pełniej zrozumieli ideologiczne prądy minionego stulecia. Jest to rezultat ich kolosalnej pracy własnej i wiedzy, którą posiedli i przekazali. Nie do przecenienia jest, iż wzbogacili postrzeganie procesów europejskich rzetelną znajomością Europy Centralnej i Wschodniej, czym dawniej zajmowało się ograniczone grono intelektualistów – imigrantów, co powodowało, iż główny nurt rozważań autorów amerykańskich i zachodnioeuropejskich mógł nie postrzegać w wystarczającym stopniu Europy, jako całości.

Tony Judt i Timothy Snyder – Rozważania o wieku XX
(Thinking the Twentieth Century) Poznań : Rebis, 2013
przekład: Paweł Marczewski
TS: Zawsze odnoszę wrażenie, że Polacy żydowskiego pochodzenia, polscy Żydzi, Żydzi będący Polakami, borykają się z problemem skali, który jest też udziałem wszystkich Polaków. Wynika to z tego, że Polska jest krajem średniej wielkości, którego osobliwe istnienie budzi dumę, a który zarazem, co dla nich przykre, nie jest dostrzegany przez innych.
TJ: Niezmiernie trudno, szczególnie jeśli się uczy w Stanach Zjednoczonych, ukazać, jak odległy był Holokaust od trosk i decyzji większości ludzi podczas drugiej wojny światowej. […]
Brutalna rzeczywistość jest taka, że Żydzi, żydowskie cierpienia i zagłada Żydów nie były głównym przedmiotem troski większości ówczesnych Europejczyków (poza Żydami i nazistami). Na pierwszoplanowe miejsce, które przyznajemy dziś Holokaustowi, zarówno jako Żydzi, jak i humaniści, został on wysunięty w późniejszych dekadach.
Tak było podobno nawet w samym Izraelu w pierwszych latach powojennych.

Tyle tak znaczących nazwisk pada w tej rozmowie! Intelektualistów, polityków, twórców… Francuzi, Anglicy, Amerykanie, Niemcy… Zweig – zbyt mało go czytałem. Arendt, Koestler, Aron, Kołakowski, Jan Paweł II, Keynes, Hayek, Orwell, Sartre… Judt, dogłębnie zorientowany we francuskich prądach intelektualnych XX wieku, tak pisał o tym ostatnim:
TJ: Dlaczego tak uparcie odmawiał dyskusji o zbrodniach komunizmu, milcząc nawet o antysemityzmie ostatnich lat panowania Stalina? Odpowiedź jest oczywiście taka, że świadomie zdecydował się nie myśleć o tych zbrodniach w kategoriach etycznych, a w każdym razie mówić o nich językiem, który mógł pobudzić jego własne zaangażowanie etyczne. Krótko mówiąc, znalazł sposób na uniknięcie trudnego wyboru, twierdząc zarazem, że unikanie takich wyborów jest działaniem w złej wierze, której definicja i potępienie przyniosły mu rozgłos.
Zarzuca więc tej pomnikowej i intelektualnie wpływowej na światową skalę postaci świadome zaćmienie umysłowe na punkcie gorzkiej prawdy o zwycięskim ZSRR i jego przywódcy, Stalinie, czyli niewybaczalną hipokryzję, selektywne stosowanie kryteriów etycznych i niezdolność do działania w duchu głoszonych przez siebie ideałów.
TJ: Rzeczywisty problem polega na tym, że kiedy jedna społeczność domaga się „mówienia prawdy”, ma na myśli nie tylko wyolbrzymianie własnego cierpienia, ale sugeruje też pomniejszanie cierpienia innych.

Brytyjska post-imperialna mentalność.
TS: Sherlock Holmes rozwiązuje zagadkę w Czechach, gdzie nikt nie mówi po czesku, za to wszyscy używają niemieckiego. Oczywiście płynie z tego wniosek polityczny, że Czechy są odległym krajem, o którym niewiele wiemy. Paradoksalnie nie można tego powiedzieć o Birmie.
TJ: To angielskie poczucie, że Europa (rozciągająca się za Calais) jest bardziej tajemnicza niż imperium, jest stare i mocno zakorzenione. […] Kiedy spotykam ludzi z mojego pokolenia, którzy urodzili się w Kalkucie czy na Jamajce, natychmiast znajdujemy wspólny język, wymieniając uwagi na temat literatury czy krykieta, co byłoby niemożliwe ze znajomymi z Bolonii czy Brna.

Zasadniczy dylemat tamtych czasów: oczarowanie intelektualnych elit pierwszym krajem budującym socjalizm, ideami rewolucji i późniejsze rozczarowanie, odwrót. Drążenie przyczyn.
TJ: Interesującego przykładu racjonalizacji [wcześniejszej wiary] dostarcza Annie Kriegel, francuska historyczka, która była stalinistką, a potem stała się antykomunistką. Jej wspomnienia noszą tytuł Ce que j’ai cru comprende [To, co sądziłam, że rozumiem]. […] Przeszłość pewnego złudzenia Françoisa Fureta podejmuje ten sam problem w przebraniu historii dwudziestego wieku. Jest to sposób, by pokazać, że „moje” niegdysiejsze wybory nie były kwestią wiary, lecz racjonalną odpowiedzią na wymogi określonej sytuacji. Dzięki temu można było być dumnym zarówno z tego, że zostało się komunistą, jak i decyzji, by przestać nim być.
TS: Furet daje świetny przykład tej hiperracjonalizacji, kiedy pisze, jak w 1947 roku przeczytał Ciemność w południe Koestlera. Opis terroru w Związku Radzieckim nie przekonał młodego Fureta, lecz napełnił go podziwem dla racjonalności, jaką podczas stalinowskich procesów pokazowych okazywali zarówno śledczy, jak i oskarżeni.
TJ: Przypomnij sobie jednak, że kiedy Koestler pisał tę książkę, wciąż jeszcze był pod urokiem dialektyki. Chciał pokazać, dlaczego tak wielu ludzi dało się uwieść temu sposobowi myślenia. Ale książka robi tak duże wrażenie po części dlatego, że sam autor wciąż jeszcze jest w jakiejś mierze uwiedziony.
TJ: Ofiary komunizmu mogły zostać zakwalifikowane (i często tak właśnie się działo) jako ofiary nie tyle konkretnych ludzi, ile historii. Komunizm utożsamiany był z Heglowskim duchem dziejów, który działał w krajach, gdzie historia nie dała rady wykonać swej pracy sama.
TJ: [Condoleezza Rice] komentując izraelską inwazję na Liban Południowy i skalę cywilnych ofiar, oświadczyła z pewnością siebie, że są to „bóle porodowe nowego Bliskiego Wschodu”. […] znowu czyjeś cierpienia są usprawiedliwiane jako stwarzanie Nowego Świata przez historię, co nadaje sens wydarzeniom, które w innym razie byłyby niewytłumaczalne i niemożliwe do usprawiedliwienia.
TJ: W debatach politycznych i akademickich ubiegłych dziesięcioleci marksizm ostatecznie traktowany był zawsze jako model historyczny, którego motorem byłe interesy i działania proletariatu. Ale właśnie z tego powodu, skoro proletariat kurczył się liczebnie i tracił na znaczeniu w społeczeństwach rozwiniętych, łatwiej było zakwestionować przesłanki marksizmu. […] Co się dzieje, kiedy proletariat przestaje być lokomotywą historii? Można ją ponownie uruchomić rękami specjalistów od studiów kulturowych i społecznych z lat siedemdziesiątych, wystarczyło zastąpić „robotników” „kobietami” lub studentami, rolnikami, czarnoskórymi, homoseksualistami — albo dowolną grupą, która miała poważne powody do niezadowolenia z obecnego rozkładu władzy i autorytetu.

O pomysłach faszystów na zapanowanie nad gospodarką:
TJ: Oddając im sprawiedliwość, trzeba wskazać, że proponowali również bardziej wyrafinowaną myśl: użyjmy państwa instrumentalnie, by zaplanować i narzucić politykę gospodarczą, zamiast kłopotać się żmudnymi mechanizmami polityki parlamentarnej. W przyszłości będziemy po prostu ogłaszać politykę, zamiast szukać dla niej poparcia.

Judt o drugiej połowie lat trzydziestych.
TJ: Związek Radziecki był coraz bardziej postrzegany jako jedyna przeszkoda w dojściu do władzy faszyzmu w Europie Środkowej i Wschodniej, a przez to i w Hiszpanii. Wszyscy inni, łącznie z Wielką Brytanią, zadowalali się kompromisami, o ile nie musieli ponosić ich konsekwencji.
Na to odpowiada mu Snyder.
TS: Zostawmy na chwilę paryską oazę i hiszpańskie wyzwanie. To czas moskiewskich procesów pokazowych, szczytowy punkt terroru. W latach trzydziestych to, co działo się w Związku Radzieckim, pod względem skali i okrucieństwa było nieporównanie gorsze niż to, co robiono w nazistowskich Niemczech. Sowieci zagłodzili miliony ludzi, kiedy Hitler obejmował władzę. Wielki Terror lat 1937 i 1938 przyniósł rozstrzelania kolejnych 700 tysięcy ludzi. Reżim nazistów do wybuchu wojny mógł odpowiadać najwyżej za 10 tysięcy ofiar.
TJ: Związek Radziecki również [w porównaniu do hitlerowskich Niemiec] miał prawa, ale k a ż d y mógł się stać ich ofiarą, po prostu zostając zaliczonym do kategorii wrogów. Z perspektywy ofiary ZSRR był bardziej przerażający, ponieważ był bardziej nieprzewidywalny niż nazistowskie Niemcy.
TJ: Jeśli chcemy zrozumieć procesy pokazowe, przynajmniej te sprzed 1940 roku, musimy też pamiętać, że nawet ich krytycy na Zachodzie nie mieli dla nich punktów odniesienia. Brakowało historycznych przykładów, za pomocą których można było zrozumieć współczesne wydarzenia.

Ówczesne elity nie były gotowe przyjąć prawdy, że ZSRR stosuje tortury, że jest…
TJ: […] moralnie i politycznie spaczony, że musi być systemem mającym na celu nie tyle rewolucję społeczną, ile utrzymanie władzy totalnej.
TJ: To Leszek Kołakowski, ważny zarówno dla moich polskich przyjaciół, jak i dla mnie, mniej więcej wówczas poczynił słynną uwagę, że reformowanie socjalizmu jest jak pieczenie śnieżek. W Europie Zachodniej to przesłanie przebijało się nieco wolniej, powiedzmy pokolenie później. […] Basia Toruńczyk dołożyła starań, żeby mi przekazać, jak doniosły był utracony świat polskiej kultury, literatury, idei; utracony, rzecz jasna, dla Zachodu, ale i dla wielu Polaków za sprawą destrukcyjnej sowieckiej hegemonii.
TJ: Timothy Garton Ash jest Anglikiem, który zrozumiał Europę Wschodnią. […] Spotkanie z Timem […] obnażyło moją ignorancję w kwestii historii drugiej połowy Europy […].
TJ: W końcu lat osiemdziesiątych oczywiście nagminnie potępiano Jean-Paula Sartre’a i jego współczesnych, utalentowanych i wpływowych, ale okazujących naiwność graniczącą z głupotą, gdy chodziło o komunizm. […] Chciałem napisać studium narodowych przywar, uderzającej niespójności, politycznej i etycznej, która cechowała reakcję francuskich intelektualistów na totalitaryzm.

O roku 1968 w Warszawie i Pradze…
TJ: Był to sprzeciw wobec stalinizmu rodziców pokolenia lat sześćdziesiątych, bunt prowadzony często pod pozorem lub w imieniu odnowionego, zreformowanego marksizmu. […] zachodni liberałowie nie mieli z nią [„antypolityką” wschodnich dysydentów] żadnego doświadczenia i brakowało im języka do jej opisu.
… i o amerykanizacji Holokaustu.
TS: Interesującym problemem z tym związanym jest „amerykanizacja” Holokaustu — wiara, że Amerykanie walczyli w Europie, ponieważ Niemcy zabijali Żydów, mimo że tak naprawdę wcale nie o to chodziło.
TJ: Otóż to. Churchill i Roosevelt mieli powody, by utrzymywać kwestię żydowską w tajemnicy. Wziąwszy pod uwagę antysemityzm panujący wówczas w obu tych krajach, każda sugestia, że walczymy przeciwko Niemcom, aby ocalić Żydów, mogłaby zniechęcić ludzi do wojny.
Dodajmy: zręcznie wykorzystywali to Niemcy podrzucając oskarżenia o międzynarodową żydowską zmowę.
TS: Właśnie. Wszystko wygląda zupełnie inaczej, kiedy uświadomić sobie, że nie tak dawno w Stanach Zjednoczonych trudno było zmobilizować ludzi do walki przeciwko Holokaustowi. Wtedy zrozumiemy, że Amerykanie nie zrobili nic, by powstrzymać największą zbrodnię w historii.
A amerykańscy Żydzi zapewne obawiali się owego podrzuconego przez Niemców (i własnych antysemitów) oskarżenia, że pchają Amerykę do walki przeciw Niemcom tylko we własnym interesie.
TS: Milion Żydów zostało zgładzonych do czasu, kiedy Japończycy zbombardowali Pearl Harbor. Pięć milionów do lądowania w Normandii. Amerykanie i Brytyjczycy wiedzieli o Holokauście.
TJ: Wymieniałem straty poniesione przez Francuzów w ciągu sześciu tygodni walk po niemieckiej inwazji w maju 1940 roku. Śmierć poniosło wtedy około 112 tysięcy francuskich żołnierzy (nie licząc cywilów). To o wiele więcej niż amerykańskie straty w Wietnamie i Korei łącznie, a takiego tempa zabijania Amerykanie nie doświadczyli nigdy. […]
TJ: Francja miała sześciu żydowskich premierów. […]
TS: […] czy historia i pamięć są pokrewne? Czy są sojuszniczkami, czy wrogami?

Sprawa mitów i sentymentów oraz selektywnej pamięci.
TJ: Godzenie się z tym, by pamięć zastąpiła historię, jest niebezpieczne. […] Takie manifestacje przeszłości zakorzenione w pamięci są z konieczności częściowe, przelotne, wybiórcze. Ci, którzy je organizują, prędzej czy później skazani są na mówienie prawd częściowych lub ewidentnych kłamstw – czasem kierując się najszczytniejszymi intencjami, a czasem nie. Tak czy inaczej nie mogą one zastąpić historii. […] A zatem ekspozycja w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie nie utrwala historii i jej nie służy. [sic!] […] Jest selektywnym wyborem stosownych wspomnień użytych do szczytnego celu publicznego.

Fascynujące dywagacje o tak interesującej mnie kwestii ułomności demokracji oraz np. o roli elit w podtrzymywaniu jej jakości – można by cytować bez końca! Widać też, jak poważnego kaca mają owe elity na tle zafałszowanego usprawiedliwienia napaści na Irak w początkach XXI wieku. Mało kto miał wówczas odwagę się temu sprzeciwiać…
TJ: […] potrzebujemy intelektualistów i wszystkich dobrych dziennikarzy, jakich uda nam się znaleźć, żeby zasypali pogłębiającą się przepaść pomiędzy dwiema częściami demokracji — rządzonymi i rządzącymi.
TS: Jest też powiedzenie Goebbelsa, że w każdym systemie można po prostu ogłosić się ofiarą, wszcząć wojnę i przeciągnąć większość ludzi na swoją stronę.
TJ: Marks nieprzypadkowo skoncentrował się na Ludwiku Bonapartem [królu Holandii z woli brata, Napoleona Bonapartego] jako przykładzie przekształcenia wolnych wyborów w narzędzia zniewalania społeczeństwa za pomocą demagogii. […] Wojna w Iraku dowodzi czegoś przeciwnego [w stosunku do twierdzenia, że demokracje nigdy nie toczą wojen] – demokrację, a w szczególności demokrację uzbrojoną, można bardzo łatwo poprowadzić na wojnę, jeśli tylko zaserwuje jej się bajeczkę pasującą do jej wyobrażeń o sobie.
TS: Nie sądzę, że rząd, który poprowadził USA do wojny, został wybrany demokratycznie. [sic!] […] Bush nie miałby szans na reelekcję, gdyby nie wojna.
TS: [Jeśli prowadzimy nielegalną wojnę zaczepną,] to prawdopodobnie coś jest nie w porządku z twoimi instytucjami demokratycznymi.
TJ: Demokracja nie jest ani warunkiem koniecznym, ani wystarczającym dobrego, otwartego społeczeństwa. Nie chcę w kwestii demokracji wydać się przesadnym sceptykiem, kimś preferującym arystokratyczne liberalne społeczeństwa dziewiętnastego wieku. [a ja tak, a ja TAK!!!] […] Ale chciałbym posłużyć się argumentem w stylu Isaiaha Berlina. Musimy uznać, że niektóre wcześniejsze niedemokratyczne społeczeństwa były pod pewnymi względami lepsze niż późniejsze demokracje.
No, bomba! Przede wszystkim nie pasuje mi przymiotnik „powszechne” (wybory) : czy naprawdę warto liczyć się z każdym kołtunem i zabiegać o głos każdego ignoranta? Czy naprawdę ważność referendum musi zależeć od tego, czy większość pijaczków, półanalfabetów pójdzie do urn? Czy nie bardziej racjonalne jest ograniczenie listy posiadających czynne prawo wyborcze wg kryteriów jakościowych (np. wprowadzenie warunku posiadania minimum średniego wykształcenia)? Wiem, to nie gwarantuje zracjonalizowania wyborów, gdyż wśród dyplomowanych są wykształceni i wykształciuchy, ale wg mnie, to zwiększa szansę.
TJ: Martwi mnie skłonność demokracji masowej do produkowania przeciętnych polityków. […] Polityka nie jest sferą, w której pragną się znaleźć ludzie wolnego ducha i śmiałych wizji [Wężykiem, Jasiu, wężykiem!] Myślę, że dotyczy to również ludzi takich, jak nasz obecny prezydent Barack Obama, który pragnie – wielu z nas obawiało się, że będzie to jego cecha dominująca — by uważano go za rozsądnego. [sic!] […] Niekoniecznie jest skłonny do kompromisu, ale chce, żeby go za takiego uważano. A to bardzo utrudnia rządzenie.
TS: Czy można zatem wymyślić coś bardziej inspirującego? A może moralna odpowiedzialność intelektualistów polega na tym, żeby nie dać się zainspirować?
TJ: Zadaniem dziennikarzy śledczych jest wydobycie prawdy, a intelektualistów — wyjaśnienie, co poszło nie tak, kiedy była ona w ukryciu.
TJ: […] amerykańska debata publiczna łączyła ultranacjonalistyczne wyczulenie na obce wpływy i zagrożenia z przyzwoleniem na lekceważenie konstytucji, zarówno jej ducha, jak i litery.
Judt odwołuje się tu do historycznych zdarzeń, ale to jest i będzie aktualne, a także – uniwersalne ostrzeżenie!

O „political correctness” i strachu przed wyrzuceniem poza obręb społeczności, jak sądzę.
TJ: […] strach, do którego przyznawali się w rozmowach ze mną liberalni Żydzi obawiający się, że ktoś weźmie ich za antysemitów albo wrogów Izraela. Strach, że ktoś uzna, iż jesteś antyamerykański. Strach przed zerwaniem z prawomyślnymi opiniami akademii na tematy od poprawności politycznej po typowe, radykalne opinie. To lęk przed byciem niepopularnym w kraju, gdzie popularność jest cnotą, którą zaszczepia się jeszcze w szkole średniej. To strach przed sprzeciwieniem się większości w kraju, gdzie pojęcie większości zostało wpisane w ideę prawomocności.
Cóż to jest popularność? Uznanie większości. Można o nią zabiegać schlebiając gustom owej większości, a więc często bardzo prymitywnym. Robią to i politycy, i artyści, a nawet twórcy i naukowcy… Jeśli ten wzorzec jest zaszczepiany przez system edukacyjny, to hodujemy sobie rzesze konformistów i oportunistów, oglądających się na rzesze innych miernot.

Dalej – powiedziałbym – o także interesującym mnie rozwoju form demokracji, dialogu społecznego i ewolucji roli elit intelektualnych na tle zmian technologicznych (książka-prasa-radio-telewizja-internet).
TJ: Typowy intelektualista ery telewizyjnej musi umieć upraszczać. […] W rezultacie zaczęliśmy utożsamiać intelektualistę z komentatorem bieżących wydarzeń. To całkiem inna funkcja i styl od tych, jakie wiązały się z byciem intelektualistą w czasach Zoli, a nawet Sartre’a i Camusa. Internet jedynie to podkreślił. […]
„Intelektualista medialny” formatuje swoje zainteresowania i uwagi do coraz krótszych debat, blogów, tweetów itp.
TJ: [Wiedeński dziennikarz Karl Kraus] widział, co się święci. Im bardziej demokratyczne społeczeństwo, tym bardziej ograniczony wpływ wywierają na nie prawdziwi intelektualiści.
Jak mogą dotrzeć do szerokich warstw społeczeństwa, jeśli chcą np. przekazać krytyczne uwagi o rządzących, ostrzec?
TJ: […] sposobem, by zmobilizować opinię publiczną przeciwko władzy, jest ujawnienie skandalu, zniszczenie reputacji lub otwarcie alternatywnego kanału informacji.
Sceptycznie brzmią uwagi Judta na temat możliwego do wywarcia przez intelektualistów wpływu na społeczeństwa.
TJ: Bardzo ważne jest, by brać pod uwagę zdolność ludzi do zrozumienia skomplikowanego argumentu i wyłożyć go jasno. A potem? Trzeba mieć nadzieję, że wciąż jest miejsce na tego rodzaju wypowiedzi.
TJ: Cóż, możemy zadać sobie pytanie, czym my dwaj się właściwie teraz zajmujemy. Przez kilka miesięcy prowadziliśmy długą, poważną rozmowę. Co z nią zrobimy? Chcemy zrobić z niej książkę. […] Krótko mówiąc, chwycimy pana Boga za nogi, jeśli na całym świecie sprzedamy ćwierć miliona książek. W wypadku takiej książki byłby to niesamowity sukces.
Można też potraktować dane o sprzedaży jako błahostkę. Ćwierć miliona ludzi, z których większość już się z nami zgadza. […] Ale bez względu na wszystko nigdy nie sprzedamy miliona ani nawet pół miliona egzemplarzy. I nie jest to powód do wstydu, gdyż w przeciwnym razie bylibyśmy w tej samej kategorii co Stephen King i zdradzalibyśmy nasze powołanie.
A zatem oddajemy się dość osobliwej działalności. Prowadzimy intelektualną dysputę, która nie będzie miała poważnych konsekwencji dla świata, a mimo wszystko się w nią angażujemy. […]
Jaki mamy wybór? Napisać jakąś ckliwą laurkę dla intelektualistów na łamach „New York Timesa”? Wszystko, co powiedzielibyśmy o relatywizmie, nacjonalizmie, odpowiedzialności intelektualnej, a nawet osądzie politycznym, byłoby czytane przez miliony ludzi. Ale zostałoby zredagowane i zredukowane do ogólników gładko wpisujących się w główny nurt. Potem opublikowano by wymianę listów, koncentrującą się jedynie na jakimś powierzchownym, marginalnym aspekcie naszej rozmowy — coś o Izraelu albo amerykańskim nacjonalizmie — w której potępiano by nas jako nienawidzących siebie Amerykanów lub antysemickich Żydów. I na tym by się skończyło.
Mimo wszystkich obaw, zwątpień i zastrzeżeń Autorzy nie tracą woli dotarcia do społeczeństw z kontrowersyjnymi prawdami.
TJ: Być może uznałem, że warto opowiedzieć tę historię, ponieważ istnieje ukryta opowieść o dwudziestym wieku, o intelektualistach, których okoliczności zmusiły, by stanęli obok i wręcz sprzeciwili się wspólnocie korzeni i interesów.
Autorzy mają zatem świadomość zarówno ograniczonego oddziaływania, jak i misji, którą wypełniają – głoszą bowiem prawdę nawet jeśli ta nie jest popularna i nie może liczyć na poklask, jak w przypadku wypowiedzi Judta na temat ataku na Irak.
TJ: Prowadzimy intelektualną dysputę, która nie będzie miała poważnych konsekwencji dla świata, a mimo wszystko się w nią angażujemy.

Sporo o interwencjonizmie i w ogóle o sporze na temat roli państwa w gospodarce rynkowej i we wpływaniu na łagodzenie społecznych skutków brutalności życia gospodarczego, a w szczególności w budzącym niezadowolenie kontrastom w dystrybucji dochodów.
TJ: […] lewicowi intelektualiści […] stracili zainteresowanie moralną grozą prostej niesprawiedliwości i cierpień ekonomicznych […].
TJ: […] staliśmy się ofiarami przesunięcia dyskursu w stronę gospodarki. Intelektualiści nie pytają, czy coś jest właściwe, czy nie, ale czy polityka jest skuteczna, czy nie. Nie pytają, czy środek jest dobry, czy zły, ale czy przyczynia się do zwiększenia produktywności. Niekoniecznie oznacza to, że nie interesują się społeczeństwem, ale wyrobili sobie dość bezkrytyczne przekonanie, że celem polityki gospodarczej jest wytwarzanie zasobów. […] Dominacja języka ekonomii w kulturze intelektualnej, która zawsze była podatna na autorytet „ekspertów”, podziałała jak hamulec wrażliwej moralnie debaty społecznej.

Dyskusja prowadzi do podniesienia zagadnienia, czy i kiedy państwo potrafi zrobić coś lepiej, niż prywatny biznes, zapewnić coś zbiorowości, w tym w sposób efektywny nawet sektorowi prywatnemu, który przecież bez aktywności państwa nie poradziłby sobie ani gospodarczo, ani społecznie (pomoc dla tracących pracę, inwestycje w infrastrukturę itp.). Kwestia planowania w państwie rządzonym przez gospodarkę rynkową. Państwo opiekuńcze, interwencjonizm gospodarczy, Plan Marshalla, powstanie i przyszłość Unii Europejskiej, ubóstwo, upadek miast postindustrialnych i społeczne implikacje, efekty globalizacji gospodarki. Narzędzia w ręku władzy – system podatkowy, polityka pieniężna, kwestia inflacji. Wiele odniesień do faszyzmu jako realnej swego czasu alternatywy wobec socjalizmu.

Dalej poruszona zostaje – zapewne w następstwie doświadczenia ostatniego kryzysu finansowego – kwestia ryzyka, nierówności zasad gry rynkowej, naruszenia fundamentów ustroju kapitalistycznego, wynaturzeń rynku finansowego.
TJ: Wyobraź sobie, że ktoś wchodzi do kasyna i mówi graczowi: „jesteś zbyt duży, by upaść”. Albo: „gwarantuję, że przejmiemy X procent twoich strat, ponieważ my, kasyno, chcemy żebyś grał dalej. A zatem graj dalej i bądź pewny, że twoje straty zostaną zminimalizowane”. Znika argument oparty na ryzyku i w rezultacie kasyno szybko bankrutuje. […] Wróćmy do rynków kapitałowych – w obecnych warunkach straty największych graczy są wystarczająco amortyzowane, tak że ci ludzie faktycznie nadal będą ryzykowali bez negatywnych konsekwencji. Co oznacza, że podejmowanie ryzyka będzie jeszcze bardziej zasadne. Jeśli nie musisz się martwić złymi decyzjami, to rośnie szansa, że je podejmiesz. […] Przynajmniej pod tym względem solidaryzuję się z ultrawolnorynkowcami: przesadne gwarancje są poważnym zagrożeniem dla integralności kapitalizmu. Wiemy z doświadczenia, że państwowa własność produkcji przemysłowej bywa nieefektywna z tych samych powodów: nikt się nie martwi stratami. To samo dotyczy sektora finansowego.
TJ: A zatem wiemy, że dwa najsilniejsze argumenty przeciwko zaangażowaniu państwa w stworzenie dobrego społeczeństwa — że nie potrafi działać ekonomicznie i musi prowadzić do dyktatury — są po prostu fałszywe.

Poczucie bezpieczeństwa: fizycznego, socjalnego, ekonomicznego…
TJ: Powrócił wiek strachu. Zniknęło poczucie, że umiejętności, z którymi wkracza się w życie zawodowe, będą przydatne przez całe życie zawodowe. Zniknęła pewność, że można się spodziewać godnej emerytury po udanej karierze zawodowej. […] Żyjemy w epoce strachu, strachu przed nieznaną przyszłością i obcymi, którzy mogą zrzucić na nas bomby. To strach, że rząd nie potrafi już sprawować kontroli nad warunkami naszego życia.
TJ: Pamiętaj, że w Europie ci, którzy najlepiej wykorzystują takie lęki — przed obcymi, imigrantami, niepewnością ekonomiczną, przemocą — to przede wszystkim konwencjonalni, staroświeccy, nacjonalistyczni, ksenofobiczni politycy. Struktura amerykańskiego życia publicznego sprawi, że takim ludziom trudno jest przejąć całą władzę — pod tym względem USA mają doprawdy szczęście. Ale dzisiejsza Partia Republikańska zaczęła ostatnio mobilizować te lęki i niewykluczone, że wyniosą ją one do władzy.
Ten wtręt – w czasach prezydentury Donalda Trumpa – można ocenić jako proroczy.
Jerzy Dutlinger
2 listopada 2017
Przypisy i ilustracje: Periplus.pl / kr
Tony Judt (ur. 2 stycznia 1948 w Londynie, zm. 6 sierpnia 2010 w Nowym Jorku) – angielski historyk, pisarz, eseista i profesor, specjalizujący się w historii Europy. Almae matres: King’s College w Cambridge oraz École Normale Supérieure w Paryżu. Uczył na uniwersytetach Cambridge, Oxford i Berkeley. W 1987 r. przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie pełnił funkcję profesora studiów europejskich na Uniwersytecie Nowojorskim (NYU) oraz dyrektora Instytutu Remarque’a przy tej uczelni. W latach 1993-1996 był dyrektorem New York Institute for the Humanities. Stale współpracował z „The New York Review of Books”. W 1996 roku został członkiem Amerykańskiej Akademii Sztuk i Nauk, a w 2007 roku – członkiem korespondentem Akademii Brytyjskiej. Jedną z jego najbardziej znanych i znaczących prac jest Postwar: A History of Europe Since 1945, wydana w Wlk. Brytanii 2005 r. przez Penguin Press (wyd polskie: Powojnie : historia Europy od roku 1945; tłum Robert Bartołd; Poznań : Rebis, 2008). Przedstawił w niej m.in. szczegółową historię odbudowy dawnych krajów bloku sowieckiego. [en.wikipedia]
Timothy David Snyder (ur. 18 sierpnia 1969 w Dayton OH) – amerykański historyk specjalizujący się w historii Europy Środkowej i Wschodniej, Związku Radzieckiego oraz Holokaustu. Almae matres:
Brown University i Balliol College, Oxford. Jest dyrektorem katedry historii nowożytnej Europy w Munk School of Global Affairs and Public Policy na Uniwersytecie w Toronto. W latach 2017-2025 zajmował stanowisko profesora historii na Uniwersytecie Yale.
Współpracuje na stałe z Instytutem Nauk o Człowieku (Institut für die Wissenschaften vom Menschen) w Wiedniu. Jest członkiem Komitetu Sumienia przy Muzeum Holokaustu Stanów Zjednoczonych (United States Holocaust Memorial Museum) oraz Rady Stosunków Międzynarodowych (Council on Foreign Relations). Włada biegle językiem polskim.
W reakcji na rosyjską agresję na Ukrainę zorganizował zbiórkę funduszy na system służący do zwalczania rosyjskich dronów. Wspólnie z Markiem Hamillem stworzył inicjatywę United24 Safe Terrain, dzięki której sfinansowano zakup robotów saperskich dla Ukrainy, których zadaniem jest usuwanie niewybuchów i zmniejszanie ryzyka dla saperów. Za pośrednictwem Instytutu Nauk o Człowieku kieruje projektem Documenting Ukraine wspierającym tworzenie opartej na faktach dokumentacji wojennej. W listopadzie 2023 roku Snyder stanął na czele grupy 90 badaczy z Ukrainian History Global Initiative, poświęconej studiom nad Ukrainą i jej historią.
Doktor honoris causa uniwersytetów: Oxford, Brown, Lund, Charkowski Uniwersytet Narodowy, Wolny Uniwersytet Ukraiński, UMCS Lublin.
Wśród jego publikacji książkowych są:
Bloodlands: Europe Between Hitler and Stalin (2010); wyd. polskie: Skrwawione ziemie : Europa między Hitlerem a Stalinem; tł. Bartłomiej Pietrzyk; Warszawa : Świat Książki, 2015;
On Tyranny: Twenty Lessons from the Twentieth Century (2017); wyd. polskie: O tyranii : dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku; tł. Bartłomiej Pietrzyk; Kraków : Znak, 2022;
The Road to Unfreedom (2018); wyd. polskie: Droga do niewolności : Rosja, Europa, Ameryka; tł. Bartłomiej Pietrzyk; Kraków : Znak, 2019;
Our Malady (2020); wyd. polskie: Amerykańska choroba : szpitalne zapiski o wolności; tł. Bartłomiej Pietrzyk; Kraków : Znak, 2021. [en.wikipedia]