Rosjanie w Paryżu (1814).
(fragment książki: Henri Troyat – Aleksander I, pogromca Napoleona; Warszawa : Amber, 2007; przekład: Barbara Przybyłowska)

Rozdział 9.
KAMPANIA FRANCUSKA

Słonecznego dnia, 24 kwietnia 1813 roku, Aleksander uroczyście wjeżdża do Drezna, stolicy Saksonii, u boku króla Prus, w paradnym mundurze, na czele harcującej na koniach świty. Przy dźwiękach bębnów i fletów oddziały rosyjskie i pruskie oddają im honory. Tłum zebrany na trasie wznosi radosne okrzyki. Jednak król saski Fryderyk August nie podziela entuzjazmu swoich poddanych i wątpiąc w sukces Aleksandra i Fryderyka Wilhelma nad Napoleonem, woli przezornie schronić się w Czechach i tam oczekiwać rezultatów wojny. […]

Pod koniec kwietnia Napoleon znajduje się w Weimarze. Stając na czele swojej armii, oświadcza: „Odbędę tę kampanię nie jako cesarz, ale jako generał Bonaparte”. Na skinienie jego ręki 125.000 ludzi, wspartych liczną artylerią, rusza na Lipsk. Natomiast Aleksander i król Prus 29 kwietnia opuszczają Drezno i dołączają do swoich wojsk (39.000 Rosjan i 33.000 Prusaków) akurat na czas, by zobaczyć, jak atakują nieprzyjaciela pod Lützen. […]

Tymczasem alianci otrzymują posiłki. Po wzięciu Torunia pojawia się w Budziszynie Barclay de Tolly, co zwiększa armię rosyjsko-pruską o 100.000 żołnierzy. Jak w tej sytuacji oprzeć się pokusie zadania wrogowi ostatecznego ciosu? To będzie drugie Borodino. Cokolwiek ma się stać, nie ma odwrotu.

[…] wśród monarchów zebranych we Frankfurcie [październik – listopad 1813 r.] biorą górę rzecznicy wojny. Podczas tych kilku tygodni przerwy w działaniach zdołano zorganizować administrację na ziemiach okupowanych oraz zapewnić wyekwipowanie i zaopatrzenie wojsk w żywność. Wspólna deklaracja zapowiada podjęcie kroków wojennych, nie przeciwko Francji, ale przeciw cesarzowi Francuzów:

Sojusznicze siły nie walczą z Francją, ale z tą zwierzchnością, którą na nieszczęście Europy i Francji cesarz Napoleon sprawował poza granicami swojego państwa. Władcy pragną, aby Francja była wielka, silna i szczęśliwa.

Tymczasem król Neapolu Murat, za namową Metternicha, przechodzi na stronę koalicjantów, stawiając do ich dyspozycji kontyngent 50.000 ludzi. Pozostaje wyznaczyć drogę inwazji. Plan jako pierwszy cel aliantów wskazuje zdobycie bazy operacyjnej w Szwajcarii. Zakłada to pogwałcenie terytorium helweckiego. Aleksander stanowczo się temu sprzeciwia, ale później jego skrupuły cichną. Dowiedziawszy się, że Austriacy wbrew jego oporom przystąpili do działania, woła z gniewem:

– To jeden z najnieszczęśliwszych dni w moim życiu!

Niebawem jednak mówi do Metternicha:

– To sukces, który wieńczy wszystko (…). Co się stało, to się stało… Z punktu widzenia wojskowego operacja była udana. […]

Przy przejściu przez Ren między Schaffhausen a Bâle [Bazylea] Aleksander, przepuściwszy najpierw wojska austriackie, domaga się, żeby gwardia rosyjska poczekała z przebyciem mostu symbolicznie do pierwszego dnia nowego roku według kalendarza juliańskiego. Tu znów jego postępowaniu przyświeca idea mistyczna. Działa według znaków, według liczb, według – jak sądzi – woli Bożej.

Ustanowiwszy swoją kwaterę główną w Bâle, 1 (13) stycznia 1814 roku udaje się na most, by w śnieżno-deszczowej nawałnicy asystować przy przemarszu swoich pułków. Przed swoim nowym współpracownikiem dyplomatycznym, Capo d’Istria, obywatelem wolnego Korfu, tak określa program na najbliższe dni:

Zwrócić wszystkim narodom pełne i całkowite korzystanie z własnych praw i instytucji; objąć je wszystkie i siebie samych pieczą powszechnego zrzeszenia; dać im gwarancje i zabezpieczyć je przed ambicjami zdobywców; takie są podstawy, na których mamy nadzieję z Bożą pomocą oprzeć nowy ustrój. Opatrzność ustawiła nas na drodze, która wiedzie prosto do celu. Przebyliśmy jej część. Ta, którą musimy jeszcze przebyć, jest najeżona trudnościami, musimy je przemóc.

Piętnastego stycznia opuszcza Bâle i wreszcie wkracza na francuską ziemię. Jest to dla niego ogromne przeżycie. Nie tylko jako dla zwycięzcy, ale i ucznia. Tyle zawdzięcza Francji, która rozwinęła jego umysł! Ze wszystkich sił pragnie stanąć na wysokości zadania. Przyzwyczajony od najwcześniejszego dzieciństwa przez Katarzynę Wielką do znoszenia kaprysów pogody, mknie na koniu pośród mroźnej zawiei, bez płaszcza, z uszczęśliwioną twarzą. W miasteczkach, gdzie się zatrzymuje, zdarza mu się zrywać z łóżka głęboką nocą i poprzedzanemu jedynie przez nosiciela latarni biec po ciemnych uliczkach, by przekazać rozkazy któremuś generałowi, wyrwanemu nagle ze snu. Od Renu po Marnę alianci nie napotykają żadnego oporu. Strasburg, Saverne, Epinal, Toul, Chaumont, Lunéville zostają szybko zajęte. Dwudziestego drugiego stycznia Aleksander wraz z królem Prus i cesarzem Franciszkiem znajduje się w Langres. […]

Znów odradzają się między nim a jego partnerami zażarte dyskusje, jak w najlepszy sposób zakończyć sprawę. Podczas gdy car jest za użyciem siły, inni, wśród nich Castlereagh, Schwarzenberg, Metternich, a nawet Nesselrode, Barclay de Tolly i Wołkoński, skłaniają się ku rozwiązaniu pokojowemu. Wszyscy oni obawiają się zrywu Francuzów, drugiego Valmy. Staje na kompromisie: nadal prowadzić wojnę i jednocześnie zaproponować Napoleonowi pertraktacje, w których przedstawicielem strony francuskiej ma być Caulaincourt. Na ich miejsce wyznacza się Châtillon.

Tymczasem docierają do Aleksandra niepokojące doniesienia o morale jego wojsk. Żołnierze rosyjscy – jak słyszy – właściwie nie rozumieją, po co walczą. W Rosji uważali się za obrońców ojczystej ziemi. W Niemczech byli przyjmowani jako wyzwoliciele. We Francji od pierwszych kroków natykają się na wrogość ludności. Wszyscy tutaj boją się ich i nienawidzą. Wieśniacy z niepokojem patrzą na tych ludzi z północy o chrapliwych głosach, a przede wszystkim na ich siły pomocnicze, na tych dzikich Kozaków, „zjadaczy świec”, na tych Kirgizów, Kałmuków, jeźdźców stepowych o rozwichrzonych włosach, śmiejących się dziko, którzy niczym wiatr przemierzają wioski, wykradają kury i świnie, turbują ludzi, przewracają dziewczyny na słomę.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Kozackie wybryki
(Бесчинства казаков; 1815; akwarela 1815; akwarela, tusz, piórko na papierze; Siergiej Aleksandrowicz Podstanickij / С. А. Подстаницкий, kolekcja prywatna; źródło: Безотосный, Виктор Михайлович & Елена Игоревна Иткина. Казаки в Париже в 1814 году / Les cosaques à Paris, en 1814. Москва : Кучково поле, 2014. ISBN 978-5-9950-0458-5)

 

Co prawda, zgodnie z rozkazami cara, w miastach przestrzega się ścisłej dyscypliny, ale wioski i samotne gospodarstwa codziennie stają się celami napaści.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Baszkirowie z oddziałów rosyjskich zmuszają Żydów do zarżnięcia świni
(Башкиры заставляют евреев резать свинью; 1815; akwarela, tusz, piórko na papierze; Siergiej Aleksandrowicz Podstanickij / С. А. Подстаницкий, kolekcja prywatna; źródło: Безотосный, Виктор Михайлович & Елена Игоревна Иткина. Казаки в Париже в 1814 году / Les cosaques à Paris, en 1814. Москва : Кучково поле, 2014. ISBN 978-5-9950-0458-5)

 

Chłopi bronią się, jak mogą, strzelbami i widłami. W lasach powstają grupy partyzantów, by dać opór wrogim wypadom.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Żołnierze rosyjscy i kozacy zmuszają Żyda do jedzenia wieprzowiny
(Русские солдаты и казаки заставляют еврея есть свинину; 1815; akwarela, tusz, piórko na papierze; Siergiej Aleksandrowicz Podstanickij / С. А. Подстаницкий, kolekcja prywatna; źródło: Безотосный, Виктор Михайлович & Елена Игоревна Иткина. Казаки в Париже в 1814 году / Les cosaques à Paris, en 1814. Москва : Кучково поле, 2014. ISBN 978-5-9950-0458-5)

 

Podczas kongresu w Châtillon [Châtillon-sur-Seine, 5 lutego – 5 marca 1814] wszystko to ciąży Aleksandrowi na duszy. Nie chce odstąpić od swego. Wszystkim wokół powtarza: „Nie zawrę pokoju, póki Napoleon będzie na tronie”. Wydał polecenie swojemu przedstawicielowi, Razumowskiemu, by przeciągać dyskusję, póki wydarzenia militarne nie wyjaśnią sytuacji politycznej. W ten sposób, wobec większości pełnomocników, którzy byliby zwolennikami pokoju na honorowych warunkach, przedstawiciel cara odmawia pertraktacji przed bezwarunkową kapitulacją „tyrana”. […]

Tymczasem pośpiesznie rozpoczęły się nowe działania wojenne. Napoleon mianował Marię Luizę regentką, a potem opuścił Paryż, by stanąć na czele armii. Od początku, „wciągnąwszy włoskie buty”, zaskakuje aliantów szybkością swoich manewrów. […]

Chociaż Francuzi zdobyli Reims, to utracili Soissons, opuszczone przez nieudolnego i tchórzliwego komendanta Moreau, o tym samym nazwisku, co zdradziecki generał. Kapitulacja tego miasta rujnuje strategiczne plany Napoleona. Ale alianci rozproszyli swoje siły i marsz na Paryż wydaje się coraz bardziej ryzykowny. Wtedy Aleksander przyjmuje wizytę pewnego przedstawiciela legitymistów francuskich, barona de Vitrolles, przysłanego w sekrecie przez Talleyranda. […] Vitrolles twierdzi, że w Paryżu nastroje są wrogie Napoleonowi i że miasto z radością otworzy się przed armiami alianckimi, kiedy tylko pokażą się na horyzoncie. Gdy jednak wyraża życzenie, żeby po klęsce tyrana nastąpiła restauracja Burbonów, Aleksander mu przerywa:

– Gdybyś pan ich [Burbonów] znał, to byłbyś przekonany, że ciężar takiej korony byłby dla nich za wielki (…). Może duchowi francuskiemu odpowiadałaby mądrze zorganizowana republika. Idee wolności w takim kraju jak wasz nie mogą długo kiełkować, nie przynosząc żadnego skutku!

Vitrolles nie wierzy własnym uszom.

– Król królów zjednoczonych dla zbawienia świata mówi mi o republice! – woła.

Po chwili osłupienia zbiera się w sobie i błaga cara o przyspieszenie uderzenia, by jak najszybciej wejść do stolicy i przywrócić monarchię.

Tak naprawdę ta mowa podoba się Aleksandrowi. Jego zdanie o możliwości zaprowadzenia ustroju republikańskiego we Francji było tylko ustępstwem werbalnym uczynionym na rzecz liberalnych zasad wyznawanych w młodości, ukłonem w stronę Laharpe’a. W gruncie rzeczy jest do głębi rojalistą. […] Tymczasem jednak między nim a Paryżem stoi nieprzewidywalny, nieuchwytny Napoleon. […]

[Aleksander] mówi do swoich oficerów:

– Czy mamy gonić za Napoleonem, by go zaatakować przeważającymi siłami, czy też powinniśmy maszerować prosto na Paryż?”

– W okolicznościach, w jakich się znajdujemy – odpowiada generał Toll – jest tylko jedno wyjście. Trzeba przyspieszonym marszem z całością armii ruszyć na Paryż, kierując jedynie 10.000 kawalerii przeciw Napoleonowi, żeby zamaskować nasze ruchy.

Generał Dybicz, wysunąwszy kilka zastrzeżeń, kończy westchnieniem:

– Jeśli Wasza Wysokość chce przywrócić Burbonów, istotnie lepiej będzie ruszyć z całym wojskiem na Paryż.

– Tu nie chodzi o Burbonów – odpowiada Aleksander. – Chodzi o to, by obalić Napoleona!

Jednak w chwili, gdy przychodzi mu podjąć decyzję, ogarniają go wątpliwości. Może nie docenia niebezpieczeństwa? Zwierzy się z tego wrażenia Golicynowi:

Miałem w głębi serca niejasne poczucie oczekiwania, nieprzemożne pragnienie zdania wszystkiego na rozporządzenie Boże. Rada pozostała na posiedzeniu, ja wyszedłem na chwilę, by pójść do swojego pokoju; tam kolana same się ugięły pode mną i wylałem całe moje serce przed Panem.

Chwila olśnienia i oto Aleksander jest przekonany o boskim przyzwoleniu. Sam Najwyższy, stanąwszy po rosyjskiej stronie, dyktuje mu, jak ma postąpić. Podnosi się, poprawia mundur, wraca do sali posiedzeń i oznajmia swoją decyzję marszu na Paryż. […]

 

Podstęp się udaje. Rozproszywszy kawalerię pod Saint-Dizier i pod Vitry, Napoleon dowiaduje się ze zdumieniem z przechwyconych depesz, że nie chodzi tu o straż przednią głównych wojsk, jak to sobie wyobrażał, ale o oddział dywersyjny, mający odciągnąć jego uwagę, podczas gdy cała masa Rosjan i Prusaków rzuci się na stolicę.

– To piękne posunięcie! – woła. – Nigdy bym nie uwierzył, że któryś z alianckich oficerów jest do tego zdolny!

I postanawia, mijając Troyes i Fontainebleau, ruszyć do Paryża. Ale potrzeba mu czasu, by wykonać ten szeroki manewr od południa, zaś alianci mają nad nim przewagę, która czyni ich panami terenu. Między nimi a stolicą znajdują się tylko niezbyt liczne siły marszałków Marmonta i Mortiera.

Dwudziestego piątego marca [1814] Schwarzenberg natyka się na nie w Fère-Champenoise. Obecność Aleksandra na polu bitwy dodaje ducha Rosjanom. Sama kawaleria załatwia wszystko. Nie pada ani jeden strzał. Żołnierze wypruwają sobie wzajem wnętrzności białą bronią. Car i król Prus zostają wciągnięci w bitewny zamęt. Klęska Francuzów jest kompletna. Generałowie Pacthod i Amey, pięciu generałów brygady, 75 dział, 4800 ludzi i wszystkie tabory wpadają w ręce aliantów. Pospiesznie uciekając do Paryża, Marmont i Mortier docierają 29 kwietnia [1814] do bramy Charanton. Wieczorem Aleksander lokuje się w zamku Bondy, kilka kilometrów od stolicy.

Bliskość celu napełnia go uniesieniem i zarazem niepokoi. Nie śmie jeszcze wierzyć w tak wielki triumf. A jeżeli miasto będzie się bronić? Jeżeli, nim skapituluje, powróci Napoleon? Schwarzenberg znów drży o swoje drogi łączności, a car o swój prestiż. Nie może sobie pozwolić, on – wyzwoliciel – na klęskę pod Paryżem. Po raz setny oblicza swoje szanse. Rozporządza 100.000 ludzi, w tym 63.000 Rosjan, przeciwko w przybliżeniu 40.000 ludzi Józefa, brata Napoleona. W tej liczbie mieszczą się poturbowane wojska Mamonta i Mortiera oraz 12.000 gwardii narodowej. Z drugiej strony sytuacja polityczna Francuzów też jest marna. Wellington wygnał ich z Hiszpanii i zajął Bordeaux; Austriacy weszli do Lyonu; nawet w Paryżu przeciwnicy ustroju pod przywództwem podstępnego Talleyranda podnoszą głowę. Wbrew poleceniu cesarza, nie wyjechał z Marią Luizą i królem Rzymu, kiedy opuścili stolicę i schronili się w Rambouillet; to z tym kulawym chytrusem trzeba będzie pertraktować, myśli Aleksander.

 

Trzydziestego marca [1814] o świcie zaczyna się bitwa. Przy grzmocie armat od strony Romainville Aleksander każe sobie przyprowadzić pewnego jeńca francuskiego, architekta nazwiskiem Peyre, związanego ze sztabem gwardii narodowej. Wypytawszy go o nastroje paryżan, Aleksander zleca mu poinformowanie głównodowodzącego armii francuskiej o przewadze liczebnej aliantów, o tym, że domagają się poddania miasta i że ich wrogiem nie jest Francja, ale Napoleon. Pułkownik Michaił Orłow, naturalny syn jednego z towarzyszy Katarzyny Wielkiej, dostaje rozkaz odprowadzenia Peyre’a do linii francuskich. Powierzając mu tę misję, car, który wydaje się dziwnie podniecony, woła po francusku:

Jedź pan! Daję Panu władzę wstrzymania ognia wszędzie, gdzie pan to uzna za konieczne. Upoważniam pana, bez ponoszenia za to odpowiedzialności, do przerwania najbardziej decydujących ataków i nawet odroczenia zwycięstwa, by zapobiec nieszczęściom. Paryż, pozbawiony rozproszonych obrońców i swojego wielkiego człowieka, nie potrafi stawić oporu, mam takie najgłębsze przekonanie. Ale obdarzając mnie potęgą i zwycięstwem, Bóg chce, żebym ich użył, by przynieść światu pokój i ukojenie. Jeśli da się osiągnąć ten pokój bez walki, to tym lepiej, jeśli nie, to z konieczności będziemy się bić, gdyż z dobrej woli czy na siłę, czy wedrzemy się tam szarżą, czy wejdziemy defiladowym krokiem, czy to na gruzach, czy to pod złoconymi plafonami, Europa ma tej nocy spać w Paryżu.

Peyre z Orłowem niezwłocznie pośród strzelaniny udają się do Pantin. Obaj parlamentariusze na próżno próbują uspokoić walczące strony. Od Vincennes po stoki Montmartre’u rozgorzała bitwa. Posuwając się drogą na wschód, wzdłuż kanału de l’Ourcq, alianci zajmują kolejno Montreuil, Belleville, Ménilmontant, wzgórza Chaumons, później Aubervilliers i La Vilette. Z wysokości wzgórza Chaumont car, król Prus, Schwarzenberg, Blücher i Barclay de Tolly oglądają przez lunety nacierające pułki. Z tej odległości trudno rozróżnić mundury. W smugach zieleni, czerwieni, błękitu zacierają się ludzkie sylwetki. Poprzez dym bagnety błyszczą jak szpilki. Tu i tam trzepocze sztandar niczym motyl. Wzgórze Montmartre’u z jego uroczymi wiatrakami zostało wzięte szturmem przez wojska generała Langerona, emigranta francuskiego w służbie rosyjskiej. Na rogatkach Clichy Money wznosi ze studentami politechniki barykadę.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteHorace Vernet (1789-1868): Rogatka Clichy podczas obrony Paryża 30 marca 1814
(La Barrière de Clichy. Défense de Paris, le 30 mars 1814; 1820; olej na płótnie; 97,5 x 130,5 cm; Louvre, Paryż)

 

Ale wkrótce obrońcy zdają sobie sprawę z bezowocności swoich wysiłków wobec wciąż narastającej fali nacierających. Późnym popołudniem w małej kawiarence w La Chapelle, pod szyldem „Le Petit Jardonet”, Marmont podpisuje kapitulację Paryża. Ze strony aliantów rozmowy prowadzili Orłow, hrabia de Paar i Nesselrode. Zgodnie z warunkami umowy garnizon francuski nie zostaje wzięty do niewoli i może opuścić Paryż. Posłańcy galopują we wszystkie strony, by zanieść tę wiadomość walczącym. Kolejno milkną działa. Nad ogarniętym zmierzchem polem bitwy zapada wielka cisza. Potem w rosyjskich szeregach rozlega się gromkie hurra. Aleksander udaje się konno na pozycje w Belleville i Buttes-Chaumont, by pogratulować swoim oddziałom.

Nazajutrz skoro świt pojawia się w zamku Bondy delegacja władz Paryża, pod przewodnictwem barona Pasquier, prefekta policji. Orłow wchodzi do pokoju cara i zastaje go w łóżku.

– Jakie nowiny? – pyta Aleksander.

– Przynoszę Waszej Wysokości kapitulację Paryża” – mówi Orłow. […]

 

Wkrótce potem [Aleksander] przyjmuje wizytę Caulaincourta, który mu oświadcza, że jest gotów w imieniu Napoleona przyjąć warunki wypracowane przedtem w Châtillon przez rosyjskich negocjatorów. Aleksander oznajmia wyniośle generałowi, że ani on, ani jego sojusznicy nie są skłonni pertraktować z „tym człowiekiem”. W chwili, kiedy się szykuje do zwycięskiego wjazdu do stolicy, nie będzie sobie zawracał głowy jakimiś pogawędkami. Już paź podprowadza mu konia, którego wybrał, by na nim się pokazać paryżanom. To wspaniały pełnej krwi siwy rumak imieniem Eclipse. Caulaincourt z goryczą rozpoznaje wierzchowca – kilka lat temu podarował go carowi w imieniu „tego człowieka”, którego głosu nikt dzisiaj nie chce słuchać.

Car siada w siodle. Jego twarz promienieje szlachetnością, łagodnością i szczęściem. Wokół niego wszyscy adiutanci mają odświętny wygląd. Jest piękna pogoda. O 8.00 Aleksander wyrusza do Paryża.

 

 

Rozdział 10.
ROSJANIE W PARYŻU

Odgłosy bliskiej kanonady nie wystraszyły zbytnio paryżan. Nikt z mieszkańców ani przez chwilę nie wyobrażał sobie, by oblężone miasto miało podzielić los Moskwy Na przedmieściach przez cały czas trwania walk, mimo barykad stawianych tu i ówdzie przez gwardię narodową, zbierali się gapie. Niektórzy zapuszczali się aż pod linię strzelców, by usłyszeć, jak świszczą kule. Elegancki tłum spędził popołudnie na bulwarach, na tarasach kawiarni, z godziny na godzinę komentując wydarzenia. Ludność, rozdarta między niepokojem a ciekawością, z ulgą przyjęła ogłoszenie kapitulacji.

Prości rosyjscy żołnierze nie odczuwają żadnej nienawiści do swego wczorajszego wroga. Odkąd bili się na obcej ziemi, zapomnieli o wojennych spustoszeniach na własnej. Co do oficerów, których w większości wychowywali francuscy guwernerzy, Paryż pociąga ich jako gwiazda przewodnia świata. Każdy gorączkowo przygotowuje się do pokazania się we „współczesnym Babilonie”. Ordynansi czyszczą mundury, przyszywają guziki, pucują buty swoich panów. Pod sztandarami cara jest wielu emigrantów francuskich: Polignac, Rochechouart, Rapatel, Lambert, Damas, Boutet… Ale ich niecierpliwość nie jest większa niż ich rosyjskich towarzyszy.

Czuliśmy, że nasz najmniejszy ruch będzie historyczny – pisze rosyjski generał Löwenstern. – Przez resztę życia będziemy istotami wyróżnionymi, na które patrzy się z podziwem, których się słucha z pełną uwielbienia ciekawością. To najwyższe szczęście móc mówić przez całe życie; »Byłem w armii pod Paryżem!«.

Takie są również myśli Aleksandra, kiedy tego jasnego ranka 31 marca 1814 roku jedzie konno drogą do zdobytej stolicy. Orszak otwiera pułk czerwonych Kozaków cara, za nimi postępują kirasjerzy i husarzy pruskiej gwardii królewskiej, dalej dragoni i husarzy rosyjskiej gwardii cesarskiej, za nimi Aleksander, król Prus i Schwarzenberg reprezentujący cesarza Francuzów. Towarzyszą im niezliczeni generałowie. Wśród nich stary Blücher i Barclay de Tolly, wyniesiony ongiś do godności marszałka polnego. Za nimi kroczą austriaccy i rosyjscy grenadierzy, piechota rosyjskiej gwardii cesarskiej i trzy oddziały kirasjerów rosyjskich.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteWkroczenie sprzymierzonych monarchów do Paryża, 31 marca 1814
W tle brama miejska Saint-Martin (Porte Saint-Martin) wzniesiona w XVII w. w formie łuku tryumfalnego u zbiegu Rue Saint-Martin, Rue du Faubourg Saint-Martin, Boulevard Saint-Martin i Boulevard Saint-Denis

 (Grand Entry of the Allied Sovereigns into Paris, on the 31, March 1814; 1815; akwatinta ręcznie kolorowana; rytownik: Robert Bowyer; ilustracja: 22,5 x 32,2 cm; karta: 33,1 x 47,5 cm)
Źródło: Horne, Thomas Hartwell (1780-1862). An illustrated record of important events in the annals of Europe, during the last four years: comprising a series of views of the principal places, battles, etc. etc. etc. connected with those events […]. London : printed by Thomas Bensley and Son, 1816

 

Aleksander ma na sobie obcisły strój gwardii konnej. Błękitna wstęga Orderu Świętego Andrzeja przepasuje mu pierś. Jest ściśnięty w pasie czarnym paskiem. Ciężkie złocone epolety poszerzają mu ramiona. Sztywny kołnierz haftowany złotem okala podbródek. Pod wielkim zielonym pierogiem ozdobionym pękiem kogucich piór twarz cara wydaje się blada, uroczysta i życzliwa. Z wysokości swojego konia, Eclipse’a, daru od Napoleona, ogląda tłum, który ciśnie się przy jego przejeździe. Na przedmieściach robotniczych wydaje mu się, że postawa Francuzów jest nieufna, lękliwa, wręcz wroga. Ale od bramy Saint-Denis atmosfera się ociepla.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteWkroczenie sprzymierzonych monarchów do Paryża, 31 marca 1814 (det.)
Obok Aleksandra I (na siwym koniu w środku) jadą: Michaił Barclay de Tolly – rosyjski minister wojny i dowódca wojsk VI koalicji (z prawej strony cara) oraz król Fryderyk Wilhelm III Pruski (z lewej strony cara)

 

Zgodnie z warunkami zawieszenia broni regularna armia wyszła nocą z miasta, zostawiając na miejscu jedynie gwardię narodową. Wystrojeni w niebieskie mundury z czerwonymi epoletami, gwardziści ustawiają się w szpaler przy przejściu tych, z którymi wczoraj walczyli. Za ich plecami roi się olbrzymi paryski tum. Skrzyżowania ulic są zatłoczone. Ciekawscy wspięli się na drzewa, na wierzch pojazdów, a nawet na dachy. Niektórzy przed carem zdejmują kapelusze, inni klaszczą. Aleksander z uśmiechem na ustach pozdrawia ręką tłumy. Kobiety wymachują chusteczkami na znak powitania. Tu i tam zwisa z okna białe prześcieradło, symbol przekonań rojalistycznych właściciela domu. Armia aliancka liczy tyle narodowości w tylu różnych mundurach, że aby uniknąć pomyłek wśród służących jednej wspólnej sprawie, rozkazano zarówno oficerom, jak i żołnierzom, by nosili białe opaski na ramieniu. Tę białą opaskę legitymiści, a jest ich wielu wśród publiczności, rozumieją jako manifestację poparcia dla Burbonów.

Podczas postoju pochodu Aleksander obwieszcza głośno:

– Nie przychodzę jako wróg, przychodzę przynieść wam pokój i dobrobyt.

Odpowiadają mu okrzyki na jego cześć. Jakiś mieszczanin, rozpychając gwardzistów, robi krok naprzód i wykrzykuje:

– Od dawnaśmy na was czekali!

– Jeżeli nie przyszedłem wcześniej, to z powodu dzielności waszych wojsk – odpowiada Aleksander po francusku.

Okrzyki się wzmagają:

– Niech żyje Aleksander! Niech żyją Rosjanie! Niech żyją alianci!

W tej chwili Aleksander czuje się piękny na ciele i na duszy. Podoba się ludziom i Bogu. „Na jego twarzy znać było rozrzewnienie pomieszane z bezgraniczną radością” – pisze madame de Chastenay. Kiedy wojska wkraczają na bulwary, entuzjazm wzrasta. Można by sądzić, że Francuzi znaleźli drugą ojczyznę: Rosję. Kilka dam przybyłych z Faubourg Saint-Germain rozdaje przechodniom białe kokardy, wołając: „Precz z tyranem! Niech żyją Burbonowie!” Ale najwyraźniej ich wyznanie wiary nie znajduje większego oddźwięku.

 

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteAleksiej Kiwszenko (1851-1895): Wejście rosyjskich wojsk do Paryża, 31 marca 1814
(Алексей Данилович Кившенко: Вступление русских войск в Париж; 1880; chromolitografia wg akwareli oryginału; Internet, domena publiczna)

 

U wejścia na Champs Elysées car i jego świta zatrzymują się, by odebrać defiladę wojskową. Za Aleksandrem damy, podniecone tym widowiskiem, wspinają się na konie oficerów z cesarskiej eskorty. Chcą obejrzeć z bliska „Agamemnona ludów”. Car uśmiecha się do nich i poleca je opiece swoich sąsiadów.

– Miejmy nadzieję, że nie wyniknie z tego nowe porwanie Sabinek – mówi Schwarzenberg.

 

Przez pięć godzin – od 10.00 do 15.00 – tłum asystuje defiladzie wojsk rosyjskich i pruskich w galowym szyku. Pojawienie się Kozaków i Kałmuków budzi szmer zdumienia. Oto Azja na Polach Elizejskich. Czterysta dział przetacza się z hukiem, od którego pękają uszy. Nawet ordynansi, ubrani w znoszone mundury, zostali zgromadzeni w specjalnej formacji dla ukazania ich liczebności. Teraz paryżanie są już pewni: z takimi siłami w stolicy koalicjanci mogą się nie obawiać Napoleona.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteThéodore Sauvé (1792-1869): Wejście oddziału wojsk VI Koalicji do Paryża; często zaopatrywany podtytułem: Oddział rosyjski – Kozacy i ich łupy
(rysunek satyryczny 1814; akwatinta na papierze; L’Entrée d’une partie des Alliés à Paris; druk: Paryż; 30,5 х 45,5 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

 

Pod koniec defilady Aleksander wybiera sobie rezydencję. Początkowo liczył na to, że zamieszka w Pałacu Elizejskim, ale zawiadomiono go, że budynek może być zaminowany. Niezbyt pewne są także Tuliery; decyduje się na całkiem bliską siedzibę księcia Talleyranda przy ulicy Saint-Florentin. Udaje się tam pieszo, gdy już przeszedł przed nim ostatni żołnierz.

Niebawem w salonie na pierwszym piętrze, „salonie Orła”, którego okna wychodzą na róg ulicy Saint-Florentin i Tivoli, odbywa się zebranie z udziałem władców Rosji i Prus, Schwarzenberga, Talleyranda, księcia de Dalberga, Nesselrodego i Pozzo di Borgo. Wkrótce zaprasza się do stołu obrad również barona Louisa, generała Dessolle’a i księdza de Pradta. Wierny swoim zasadom Aleksander oświadcza, że jest otwarty na wszystkie propozycje dotyczące przyszłości politycznej Francji: regencji Marii Luizy, osadzenia na tronie Bernadotte’a, powrotu Burbonów, republiki…

Baron Louis, mówiąc o Napoleonie, woła: „Ten człowiek to już trup, tyle że jeszcze nie śmierdzi!” Talleyrand, podzielając w nieco subtelniejszy sposób to stanowisko, twierdzi sentencjonalnie, że po wykluczeniu opcji napoleońskiej „republika jest niemożliwością, regencja albo Bernadotte to tarapaty, wchodzą w grę jedynie Burbonowie”.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonapartePaul Delaroche (1797-1856): Napoleon Bonaparte w Fontainebleau, 31 marca 1814 r.
(Napoléon Ier à Fontainebleau le 31 mars 1814; 1845; olej na płótnie; 180,5 x 137.5 cm; Museum der bildenden Künste, Lipsk)

 

To zdanie uderza Aleksandra, który odnosi wrażenie, że przez usta księcia Benewentu rozlega się głos Francji. Niemniej upiera się przy konieczności uzyskania zgody wszystkich Francuzów na przywrócenie dynastii do władzy. Żeby tak się stało, Talleyrand przyrzeka otrzymać przyzwolenie Senatu. I istotnie, nazajutrz, 1 kwietnia [1814], sześćdziesięciu czterech pospiesznie zebranych senatorów wybiera rząd tymczasowy, którego premierem zostanie Talleyrand. W ratuszu rada powszechna i rada miejska piętnują postępowanie Napoleona i przegłosowują następujący wniosek:

„Obie rady oświadczają, że oficjalnie wypowiadają posłuszeństwo Napoleonowi, i wyrażają najgorętsze życzenie przywrócenia rządu monarchicznego w osobie Ludwika XVIII”.

Pięcioprocentowe obligacje, których wartość spadła do 45 franków, gwałtowne idą w górę.

Wieczorem w operze Aleksander, obecny na przedstawieniu Westalki, widzi ze swojej loży wspaniale wystrojoną salę, usianą białymi kokardami. W antrakcie aktor Lays wychodzi na proscenium, składa ukłon carowi i śpiewa zaimprowizowany kuplet na popularną melodię „Vive le roi Henri!” [Niech żyje król Henryk!]:

Niechaj żyje król nad króle!
Wieczna cześć Aleksandrowi!
Obchodzi się z nami czule
I praw za nas nie stanowi.

Trzy tytuły ma do sławy.
Wdzięczność jemu nieskończona.
Sprawiedliwy jest i prawy,
I przywróci nam Burbona.

Wybuchają oklaski, rojaliści wymieniają uściski. Aleksander, wzruszony, pozdrawia salę majestatycznym ukłonem. Czy myśli w tej chwili o innym teatrze, tym w Erfurcie, gdzie przed sześcioma laty odbierał takie same owacje, kiedy na oczach wszystkich ściskał rękę Napoleona?

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteRoman Wołkow (1773-1831): Aleksander I
(Роман Максимович Волков: Александр I; 1814; litografia kolorowa na papierze; rytownik: Henry Hoppner Meyer, 1780-1847; 58,5 х 42,8 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

 

W Teatrze Francuskim wzburzona publiczność każe Talmie odczytać poemat na cześć Ludwika XVIII. Nazajutrz gazeciarze rozdają na ulicach rycinę według rysunku Benoista z takim podpisem:

Szlachetnego zwycięzcy mądrość niezgłębiona
Przywraca światu pokój, a Francji Burbona.

Ulicznicy zaczepiają na chodnikach oficerów rosyjskich, wyciągając rękę po jałmużnę, i podśpiewują:

Chroń, Boziu, Aleksandra z jego dziateczkami,
Póki się nie da ugryźć księżyca zębami.

 

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Kozak na koniu na paryskiej ulicy
(ok. 1818; akwarela, tusz na papierze; 36,8 х 28,6 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

 

Rozpowszechnia się moda na kiepskie wierszydła na cześć okupanta. Recytuje się je w miejscach publicznych, kiedy tylko się pojawi obcy mundur.

Jak miło widzieć nad brzegiem Sekwany
Was, Rosjan, coście dumni i nieustraszeni.
Ci synowie Północy lodami skowanej
Winni się wśród nas poczuć jak na własnej ziemi.

Straszliwi w boju, szlachetni, wspaniali,
Świat zadziwiają dzielnymi czynami.
Słuszny to daje im tytuł do chwały
I by bliskimi być Francji druhami.

Nawet Rouget de Lisle, autor Marsylianki, zniża się do schlebiania carowi w nadętym i koślawym poemacie:

Bądź bohaterem wieku oraz dziejów chlubą.
Francuzom, udręczonym tyrana uciskiem,
Daj cieszyć się zwycięstwem, czekanym tak długo
Przywróć ich tron Burbonom, a liliom świetlistość.

Pod tą lawiną kwiatów Aleksander zaczyna wierzyć, że cała Francja się jednoczy w równej miłości do Romanowów i do Burbonów Co jednak zamierza zrobić Napoleon, którego posąg na Vendôme na próżno próbował przewrócić zapalczywy Sosthene de La Rochefoucauld? Młodego człowieka zastąpił na kolumnie ktoś, kto przy oklaskach niewielkiej grupy podnieconych gapiów spoliczkował brązową podobiznę władcy. Bez wątpienia zwyciężony cesarz przygotowuje w Fontainebleau jakąś ripostę. Aby go wyprzedzić, Senat ogłasza odsunięcie Napoleona od władzy, oskarżając go, że „pogwałcił swoją przysięgę i naruszył prawo, wbrew ustawom zwiększając pobór rekruta i podatków”.

Przyjmując senatorów, którzy w ten sposób dali odprawę swojemu wczorajszemu panu, Aleksander podkreśla konieczność oparcia nowego rządu francuskiego na „trwałych i liberalnych” podstawach. Co prawda nie żywi najmniejszej sympatii do Burbonów, ale ugina się przed tym, co mu się wydaje wolą ludu. Zresztą chwilę potem przyjmuje Caulaincourta, przybyłego z Fontainebleau z propozycją pertraktacji. Odrzuca ją w trzech słowach. Póki Napoleon urzędowo nie abdykuje, on stanowczo nie będzie go słuchał. I wciąż natchniony przez Opatrzność twierdzi, że nie żywi żadnej osobistej nienawiści do Napoleona, że nawet żal mu go z całego serca i wybacza mu spustoszenie Rosji. Co do miejsca schronienia upadłego władcy, oświadcza, że jest gotów pozwolić mu je samemu wybrać, pod warunkiem że nie będą to ani Francja, ani Włochy. Oferuje mu nawet gościnę na własnych ziemiach.

Jeżeli przyjedzie do Rosji – mówi Caulaincourtowi – będę go traktował jak władcę. Jeśli mi zawierzy, zazna być może raczej w Rosji niż gdzie indziej wszystkich praw, które się należą ode mnie nieszczęściu i charakterowi wielkiego człowieka. Nie docenił mnie i zło, które wyrządził samemu sobie, wyjaśnia zło, które wyrządził Europie. Dobro naszych ludów wymaga ostrożności, ale w dniu, kiedy to wszystko się rozwiąże, nie będę już czuł urazy. Otwieram przed wami bramy, wybierajcie.

W istocie, chociaż w przypływie elokwencji proponuje Napoleonowi, by przeniósł się do Rosji, już zamyśla o całkiem innym dla niego miejscu pobytu: o wyspie Elbie.

Wobec odmowy wznowienia rozmów Napoleon postanawia zaryzykować. Rozporządza w Fontainebleau 60.000 ludzi, zahartowanymi w bojach wojakami, którzy tylko marzą o tym, by ruszyć na Paryż. Może się spodziewać politycznego poparcia Austrii, która – jak sądzi – opowie się po jego stronie ze względu na Marię Luizę. Znów próbuje wciągnąć w swoje plany marszałków, ale ci, zmęczeni i zniechęceni, odmawiają dalszej walki. Pod naciskiem Neya, Oudinota i Lefebvre’a Napoleon 4 kwietnia [1814] abdykuje na rzecz swojego syna, ustanawiając regentką Marię Luizę.

Caulaincourt, Ney i Macdonald mają zawieźć ten akt warunkowej abdykacji Aleksandrowi.

Przyjeżdżają do Paryża nocą, w strugach ulewnego deszczu. Aleksander przyjmuje ich natychmiast i uważnie słucha propozycji, jakie mu przekazują. Są w jego oczach o tyle korzystne, że usuwają Napoleona bez nowego przelewu krwi. Co do Ludwika XVIII – zauważa – mimo agitacji rojalistów nie pada jego kandydatura. Car już się waha w obliczu podziałów Francji. Ileż partii w tym wzburzonym kraju: bonapartyści, rojaliści, republikanie! Jakże Rosja wydaje się spokojna i zjednoczona przy tym kipiącym garnku polityki francuskiej!

Absolutnie nie zależy mi na Burbonach. Nie znam ich – mówi Aleksander do pełnomocników. – Przekażę swoim sojusznikom wasze propozycje i poprę je. Mnie także spieszno, by z tym skończyć.

I odprawia swoich rozmówców, którzy odnoszą ważenie, że ich misja jest na dobrej drodze. Ponowne spotkanie odbywa się nazajutrz, 5 kwietnia [1814]. Tymczasem jednak korpus wojenny Mamonta, pod rozkazami generała Souhama, przekroczył linię posterunków straży przedniej i przeszedł na stronę aliantów. Car, kiedy znowu przyjmuje Neya, Macdonalda i Caulaincourta, jeszcze o tym nie wie, ale oni już się dowiedzieli o tej zdradzie. Zaczyna się dyskusja. Nagle wślizguje się do salonu któryś adiutant i szepcze kilka słów do ucha Jego Wysokości. Car drży niepostrzeżenie. To, co usłyszał, zmienia jego pogląd na sprawę. I znowu, kiedy ważył za i przeciw, palec Boży wskazuje mu słuszny kierunek. Porzucając sprawę swojego pana i władcy, Souham i Marmont pokazali, że armia francuska nie jest tak zupełnie oddana Napoleonowi. W tych warunkach bezsensem byłoby ustąpić.

To przerywa debatę – szepcze Aleksander jakby do siebie.

I mówi do Pozzo di Borgo: 

Widzisz pan, to Opatrzność chce tego, ona się przejawia, ona daje o sobie znać: żadnych wątpliwości, żadnych wahań!

Jednak odkłada decyzję do następnego dnia. Daje sobie czas na konsultację z królem Prus i ze Schwarzenbergiem. Orzeczenie nie pozostawia wątpliwości: alianci „nie będą pertraktować ani z Napoleonem, ani z nikim z jego rodziny”. Domagają się bezwarunkowej abdykacji.

Opuszczony przez wszystkich. Napoleon ugina się i 6 kwietnia [1814] redaguje akt, którego się od niego oczekuje:

Ponieważ mocarstwa oświadczyły, że cesarz Napoleon jest jedyną przeszkodą w przywróceniu pokoju w Europie, cesarz Napoleon, wierny swojej przysiędze, oświadcza, że zrzeka się dla siebie i dla swoich dzieci tronów Francji i Włoch i że nie ma ofiary, nawet z własnego życia, której nie byłby gotów ponieść w interesie Francji.

 

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteFrançois Bouchot (1800-1842) i Gaetano Ferri (1822-1896): Napoleon I podpisuje akt abdykacji w Château de Fontainebleau
(Napoléon signe son abdication à Fontainebleau 11 avril 1814; 1843; olej na płótnie; 136 x 160,5 cm; Musée de l’Histoire de France, Wersal)

 

Tego samego dnia zbierają się senatorowie i deputowani, by powołać „bez przymusu na tron Ludwika Stanisława Ksawerego, brata ostatniego króla”. Nikt wśród ludu nie zna nowego monarchy, zbiegłego kiedyś do Anglii, o którym mówią, że jest poczciwy i cierpi na artretyzm. Jedno jest pewne: przy nim nie będzie wojny. W oczach wielu to jest najważniejsze. Co do Napoleona, Aleksander troskliwie się nim zajmuje. Proponuje swojemu nieszczęśliwemu przeciwnikowi zwierzchność nad wyspą Elbą i ustala rentę w wysokości 2.000.000 franków rocznie, wypłacaną przez Ludwika XVIII temu, którego miejsce zajął.

Podczas tych działań car nieustannie czuł za plecami obecność Pana. Fakt, że tak ważne wydarzenia toczyły się w Wielkim Tygodniu, wydaje mu się dodatkowym dowodem boskiej interwencji w jego życie. Nadto, wyjątkowo w tym roku, Wielkanoc prawosławna przypada dokładnie tego samego dnia co święta katolickie. Czyż nie jest to opatrznościowy znak pojednania między ludźmi?

Car, pod wrażeniem tych okoliczności, ściśle przestrzega postu i codziennie chodzi się modlić do małej cerkiewki urządzonej pospiesznie w sąsiednim domu. Za każdym razem, gdy się pokazuje na ulicy, otaczają go i chcą go choćby musnąć palcami dziesiątki zwolenników, wznoszących okrzyki na jego cześć. W końcu zadaje sobie pytanie, czy to nie jego Francuzi powinni obrać za króla. Żeby czuwać nad swoimi drogimi paryżanami, mianował gubernatorem miasta generała Osten-Sackena oraz obok niego trzech komendantów, wśród nich hrabiego Rochechouarta, emigranta francuskiego w służbie Rosji. Ponieważ chce, żeby wojsko rosyjskie przenikał taki sam duch religijny, jak ich wodza, za pośrednictwem Osten-Sackena ogłasza następującą decyzję:

Jego Cesarska Wysokość ma nadzieję, a nawet pewność, że żaden rosyjski oficer nie pozwoli sobie, łamiąc przepisy Cerkwi, uczestniczyć przez cały Wielki Tydzień w jakimkolwiek widowisku. Gdyby ktokolwiek z Rosjan poszedł na jakieś przedstawienie, o sprawie zostanie poinformowana Jego Cesarska Wysokość.

Dziesiątego kwietnia [1814], w dniu Wielkanocy, wielkie zdumienie ogarnia mieszkańców Paryża. Aleksander każe odprawić prawosławną mszę na placu Ludwika XV (obecny Place de la Concorde). Na podium, w miejscu, gdzie pod gilotyną spadła głowa Ludwika XVI, wzniesiono ołtarz. Po dokonaniu przeglądu swoich wojsk car i król pruski wchodzą na stopnie platformy, na której zebrali się już wszyscy popi. Wokół żołnierze i oficerowie piechoty odkrywają głowy i klękają na ziemi. Jezdni pozostają na koniach, ale z gołą głową i opuszczoną szablą. Podczas nabożeństwa Aleksander upaja się niezwykłością tych brodatych księży w mitrach i złotych ornatach, tych chorągwi, tych ikon, tych kadzideł, tych poważnych śpiewów w języku staro-cerkiewno-słowiańskim tu, w samym sercu Paryża, o dwa kroki od Sekwany. Ogromny tłum ludzi, który zbiegł się, by obejrzeć to nabożeństwo, umacnia go w przekonaniu, że wszystko, czego tu dokonuje, jest miłe Francji. Przypominając owo Te Deum, pisze do Golicyna:

Była to dla mojego serca chwila uroczysta, wzruszająca i niezwykła. Oto – mówiłem sobie – doprowadziłem, z niezgłębionej woli Opatrzności moich prawosławnych bojowników z głębi ich chłodnej północnej ojczyzny, by wspólnie wznieśli modły do Pana, do stolicy tych cudzoziemców, którzy tak niedawno napadli na Rosję, a nawet do tego miejsca, gdzie król padł ofiarą szału powszechnego gniewu (…). Synowie Północy odprawiali, można by rzec, nabożeństwo żałobne po królu Francji. Car rosyjski modlił się według obrządku prawosławnego ze swoim ludem i w ten sposób oczyszczał to splamione krwią miejsce (…). Nasz triumf duchowy sięgnął szczytu. Byłem nawet rozbawiony, widząc, jak się przepychają francuscy marszałkowie i generałowie, by ucałować rosyjski krzyż.

Jednak Metternich, który tego samego dnia pojawił się w Paryżu, stwierdza, że w Aleksandrze nie ma krzty egzaltacji.

Zastałem cesarza Rosji w nader rozsądnym usposobieniu – pisze do cesarza Franciszka. – Jest znacznie bardziej rzeczowy, niż sądziłem (…). Zresztą z trudem powściąga swoją radość z obrotu wydarzeń, ale także sukces przekracza wszystko, czego można się było spodziewać.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteMedal „Za zdobycie Paryża, 19 marca 1814”
(srebro; średn. 28, 25 i 22 mm; ustanowiony: 30 sierpnia 1814 przez Aleksandra I; nadany: po raz pierwszy 19 marca 1826, po raz ostatni 1 maja 1832; nakład: 150.000)

 

Metternich czyni Aleksandrowi tylko jedną wymówkę: za to, że pozwolił Napoleonowi schronić się na Elbie. Czy tyran tam pozostanie w stanie spoczynku?

Aleksander zaklina się, że tak. Napoleon nigdy się nie zaprze swoich zobowiązań podjętych wobec świata!

– Nie można – woła – wątpić w słowa żołnierza i władcy, nie wyrządzając mu zniewagi!

Metternich ironicznie się uśmiecha i w chwili, kiedy podpisuje dokument, mówi do Aleksandra, który z niepokojem się mu przygląda:

– Składam swój podpis pod traktatem, który za co najwyżej dwa lata znów nas zaprowadzi na pole bitwy.

 

Dwudziestego kwietnia [1814] na dziedzińcu pałacu Fontainebleau odbywa się rozdzierające pożegnanie Napoleona z dawnymi towarzyszami broni. Cesarz udaje się na wygnanie. Wielka księżna Katarzyna pisze po francusku z Londynu do brata:

Przyjmij moje gratulacje, Drogi Przyjacielu, z powodu wielkiej nowiny o abdykacji Napoleona. To się wprost nie mieści w wyobraźni, ale z pewnością nigdy nie było tak nagłego przejścia od najkrwawszej z wojen do tak doskonałego pokoju. Radość tutaj jest wręcz szalona, a Twoje imię błogosławione, jak powinno być: iluminacja miasta trwa od trzech dni.

Aleksander czuje się pochlebiony, dowiadując się, że jego sława dotarła aż do Anglii. Odpowiada ukochanej siostrze, która straciwszy w 1812 roku męża, księcia Oldenburga, podróżuje odtąd po Europie, by zagłuszyć swój żal wśród rozrywek światowych:

Niech będzie błogosławiona Najwyższa Istota za niezliczone dobrodziejstwa, jakimi zechciała nas obsypać! To przekracza wszelkie rachuby, nawet najbardziej wygórowane! Wreszcie wielki cel został osiągnięty i Napoleon nie gnębi już Europy i Francji. Już jest w podróży na swoją Elbę!

Tymczasem życie Rosjan w Paryżu się organizuje. Z początku Kozacy obozują w cieniu drzew Pól Elizejskich i paryżanie przychodzą całymi rodzinami, by obejrzeć „stepowych dzikusów”, tłoczących się wokół ognisk na biwaku.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteAlexander Sauerweid (1783-1844): Biwak kozacki na Champs-Élysées w Paryżu, 31 marca 1814
(The bivouac of the Cossacks at the Champs-Élysées, Paris, 31 March 1814; oryginał: piórko, tusz, akwarela, ołówek na papierze; 17,7 x 45,1 cm; rytownik: Jean Pierre Jazet; wydawca: Auguste Nepveu; British Museum, Londyn)

Szałasy mają zrobione ze snopów słomy, podtrzymywanych wbitymi w ziemię włóczniami. Suszą swoje łachy na sznurach uwiązanych do gałęzi. Ich małe koniki wszędzie obgryzają korę z drzew. Wokół nich unosi się odór futer, potu i końskiej mierzwy. Nie zwracając uwagi na spacerowiczów, żołnierze iskają się, grają w karty, śpią z głową opartą na siodle.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Biwak kozacki na Champs-Élysées
(ok. 1818; akwaforta/akwarela; 43 х 57,5 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

Prawie wszyscy są brodaci, śniadzi, o wystających kościach policzkowych. Gdyby byli przybyszami z Księżyca, nie budziliby większej ciekawości gapiów.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteBiwak kozacki na Champs-Élysées w Paryżu, 31 marca 1814
(Bivouac des troupes russes aux Champs-Elysées, 31 mars 1814; francuska rycina anonimowa; Musée Carnavalet, Histoire de Paris)

Jednak po abdykacji Napoleona Pola Elizejskie się opróżniają. Elitarne jednostki zostają rozmieszczone w różnych koszarach: Babylone, Rueil, Grenelle (…).

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Oficerowie rosyjscy przed swoim namiotem oferują paryżankom odpoczynek w fotelu
(1815; piórko i akwarela na papierze; 37×29,2 cm; Państwowe Muzeum Ermitażu / Государственный Эрмитаж, St. Petersburg)

 

Dla żołnierzy zaczyna się życie monotonne i rygorystyczne. Ponieważ Aleksander obawia się, że jego wojska w mieście pełnym pokus będą się dopuszczać rozmaitych ekscesów, wzmacnia dyscyplinę. Zwycięzcy, zamknięci przez większość czasu w swoich kwaterach, mają wrażenie, że są jeńcami zwyciężonych.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Kozacy pławią konie w Sekwanie
(1815; akwarela, tusz na papierze; 36,9 х 26,7 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

 

Uskarżają się ponadto na niedobre jedzenie (jak tu prowadzić kuchnię rosyjską we Francji?) i na ciągłe defilady, do których są zmuszani, by olśniewać tłumy.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Przyrządzanie mięsa w obozie kozackim
(1815; akwarela, tusz na papierze; 36,8 х 26,5 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

 

Nasz cesarz – pisze generał Murawjow – przyjął tak stronniczą postawę wobec Francuzów, że nakazał paryskiej gwardii narodowej zatrzymywać naszych żołnierzy, jeśli spotkają ich na ulicy. Wynikało z tego niemało bójek, w których na ogół górą byli nasi. Ale taki sposób traktowania ludzi prowadził ich do dezercji.

Podczas gdy żołnierze nie mają żadnego kontaktu z paryżanami i w ogóle nie uczestniczą w życiu stolicy, z oficerami jest zupełnie inaczej. W większości zaopatrzeni w karty kwaterunkowe, wynajmują pokój z utrzymaniem u właścicieli domów. Chłodne przyjęcie, z jakim się spotykają, szybko zamienia się w sympatię. Zawiązują się przyjaźnie, rodzą się miłostki.

 

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Kozacy w Palais-Royal (detal)
(1815; akwarela, tusz na papierze; 37,1 х 28,5 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

 

U dam z towarzystwa mundur rosyjski robi furorę. Salony Faubourg Saint-Germain szeroko otwierają się przed szlachtą rosyjską. Na pewnym przyjęciu, wydanym przez hrabiego de Rochechouart, chór szaserów cesarskiej gwardii śpiewa pieśni narodowe, które zachwycają francuskich gości. Nie ponosząc kosztów, siedząc w fotelu, ludzie przenoszą się do innego kraju. Pod koniec kolacji pan domu wznosi toast za powrót Ludwika XVIII. Goście rozchodzą się o 4.00 nad ranem, a wielki książę Konstanty, który był ma tym przyjęciu, oświadcza, że bawił się lepiej niż na jakimkolwiek dworskim balu.

Skromni oficerowie, pozbawieni dostępu do tych arystokratycznych luksusów, dla rozrywki włóczą się po bulwarach, chodzą do teatrów, śmieją się z żartów ulicznych trefnisiów, jadają obiady w modnych restauracjach, przesiadują, przyglądając się otoczeniu, nad małą czarną w kafejkach, szukają miłosnych przygód w Palais-Royal, miejscu spotkań łatwo przystępnych pięknotek.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Ruletka w paryskim domu gry)
(1815; akwarela, tusz na papierze; 36,7 х 28,5 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

 

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Kozacy w pasażu Palais-Royal
(pod numerem 113, w Galerie de Valois, znajdowała się Café Février, będąca również jednym z najbardziej znanych paryskich domów gry; po bitwie pod Waterloo, podczas okupacji Paryża w 1815 r., feldmarszałek von Blücher w jedną noc przegrał tam 6 milionów franków; w Palais Royal mieściły się ponadto luksusowe domy publiczne)
(1815; akwarela, tusz na papierze; 37,1 х 28,5 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

 

Bardziej stateczni zwiedzają muzea, zachwycają się witrażami Notre Dame, udają się do Inwalidów, gdzie wdają się w rozmowy z weteranami, podziwiają zachód słońca ze wzgórz Montmartre’u, robią wycieczki do Saint-Denis, do Wersalu, do Saint-Cloud, wyprawiają się aż do Ermenonville, gdzie wzrusza czułe serca wspomnienie Jana Jakuba Rousseau.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteGeorg Emanuel Opiz (1775-1841): Kozacy w Luwrze przed posągiem Apolla Belwederskiego
(ok. 1818; akwarela, tusz, farba na papierze; 36,8 х 28,5 cm; Państwowe Muzeum Historyczne / Государственный исторический музей, Моskwa)

 

Z pewnością pobudzają ich prądy intelektualne stolicy. Dotknięci „francuską zarazą”, odkrywają w sobie potrzebę omawiania wielkich bieżących problemów z mistrzami myśli. Bardziej ich pociągają środowiska polityczne i literackie niż kręgi światowe. Synowie kraju rządzonego autokratycznie doznają zabarwionego poczuciem winy upojenia, swobodnie wymieniając poglądy z synami Rewolucji. Nawet jeżeli Francja znów ostatnio stała się monarchią. Książę Wołkoński spotyka się z Benjaminem Constantem i z panią de Staël; Nikita Murawjow zawiera znajomość z de Sieyes’em i księdzem Grégoire; Łunin składa wizytę Saint-Simonowi.

W końcu wielu carskich oficerów zostało wprowadzonych do francuskich lóż masońskich. Znajdują tam tolerancję i niezależność duchową, która ich zdumiewa. Czy są za Burbonami, za Napoleonem czy za republiką, ich gospodarze w tym tajnym zrzeszeniu zdają się przeniknięci wspólną troską o ludzkość i godność. W ich obecności Rosjanie doznają złożonych uczuć. Są dumni ze swego władcy i wstydzą się swojego ustroju. Rozmiłowani w swojej ojczyźnie, ubolewają nad jej zacofaniem. Przyszli tu, „aby dać nauczkę”, teraz odkrywają, że sami są gotowi czegoś się nauczyć.

– Francuzi nie uważają swojego monarchy za zesłanego im przez Opatrzność, tak jak Rosjanie” – zauważa Michajłowski-Danilewski. I składa przed „Wielebnym” z loży masońskiej przysięgę: „nienawidzić tyranów”.

Mikołaj Turgieniew, sekretarz barona von Steina, wznosi nawet toast za uwolnienie chłopów pańszczyźnianych w Rosji. „Gdzież lepiej niż na zebraniu prawdziwych masonów – woła – można by wyrazić podobne życzenie? Czyż idea masonerii nie łączy się z ideą kosmopolityzmu i braterstwa?” I notuje w swoim dzienniku: „Wielu Rosjan powróci stąd do kraju z przeświadczeniem, że poddaństwo nie jest nieodzowne, aby rządzić w ustroju obywatelskim i aby rozkwitały królestwa”.

 

Jeżeli oficerowie rosyjscy chętnie przedłużają swój pobyt w Paryżu, to Aleksandrowi spieszno zakończyć francuskie sprawy. Jednak niczego nie można postanowić przed powrotem do stolicy Ludwika XVIII. A ten każe na siebie czekać. Trzynastego kwietnia [1814] pojawia się jako jego zwiastun hrabia d’Artois, ubrany w mundur gwardii narodowej. Potem przyjeżdża cesarz Franciszek, otoczony pompą, która drażni paryżan. Uważają, że ojciec Marii Luizy powinien nieco dyskretniej objawiać triumf. Wreszcie 29 kwietnia Ludwik XVIII przybywa do Compiegne. Przed wyjazdem skierował do regenta Anglii list, przedrukowany przez londyński „Times”:

To radzie Waszej Królewskiej Wysokości, temu wspaniałemu krajowi, sile jego mieszkańców przypisuję, w pierwszej kolei po zrządzeniu Opatrzności, przywrócenie mojej dynastii tronu przodków.

Ani słowa o gościnności, jakiej hrabia Prowansji zaznał w Rosji, ani o krwawych ofiarach poniesionych przez carskich żołnierzy w walce z Napoleonem. Nienauczony niczego wygnaniem, Ludwik XVIII zdaje się uważać wysiłki poniesione przez aliantów na jego rzecz za ich powinności. Obawiając się, że rozdrażni lud swoją arogancką postawą, Aleksander wysyła do niego przez swojego adiutanta Pozzo di Borgo list, w którym radzi Ludwikowi liczyć się z drażliwością armii francuskiej i zaprowadzić w kraju ustrój liberalny. Car pisze:

Istnieje wola narodowa, kilka partii opozycyjnych, wahające się opinie, które może przezwyciężyć jedynie umiarkowanie, jeśli wówczas, gdy chodzi o uspokojenie i umocnienie, nie chce się doprowadzić do nowych wstrząsów. A to zwycięstwo jest w rękach Waszej Wysokości. Podbije Pan wszystkie serca, okazując liberalne poglądy, dążąc do utrzymania i umocnienia organicznych instytucji Francji.

Ludwik XVIII udziela na ten list odpowiedzi tak wykrętnej, że Aleksander, urażony, każe Fouchému zredagować notę o konieczności uszanowania 25 lat chwały i zachowania trójkolorowych barw. Sam ją zawozi do Compiegne. Zostaje przyjęty z chłodem, który go oszołamia. Nie wstając ze swego fotela, dziedzic świętego Ludwika, nadęty tłuszczem i pychą, wskazuje krzesło dziedzicowi Romanowów. Kiedy car do niego mówi, nie okazuje najmniejszego zainteresowania jego słowami, potem nagle, porzucając swoją rezerwę, wygłasza parę zdań o tym, jakim to błogosławieństwem dla Francji jest powrót prawowitego władcy. Później, kiedy Aleksander udaje się do wyznaczonej mu kwatery, mija trzy wspaniałe apartamenty hrabiego d’Artois, księcia d’Angouleme i księcia de Berry, nim dociera ciemnymi korytarzami i po krętych schodach do skromnych pokoików zarządcy pałacu, przydzielonych przy tej okazji cesarzowi Wszechrosji.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteRobert Lefèvre (1755-1830): Król Ludwik XVIII Bourbon w roku 1814, w mundurze wojskowym z Krzyżem Legii Honorowej i błękitną wstęgą orderu Ducha Świętego
(Le roi Louis XVIII de Bourbon en 1814, en uniforme militaire avec la croix de la Légion d’honneur et le Cordon bleu de l’Ordre du Saint-Esprit; 1814; olej na płótnie; 73 x 60 cm; Musée de la Ville de Paris, Musée Carnavalet, Paryż) .

 

Aleksander, który początkowo zamierzał spędzić noc w Compiegne, żąda powozu natychmiast po wstaniu od stołu. W godzinie obiadu Ludwik XVIII pierwszy wchodzi do jadalni, a kiedy służący podaje półmisek carowi, wykrzykuje ostrym głosem: „Dla mnie, proszę!”

Aleksander pojmuje nauczkę: wszystko tu jest obliczone na to, by poczuł, że mimo zwycięstwa, nic nie znaczy przy „pierwszym księciu chrześcijaństwa”.

Ludwik XIV – powie car – nie inaczej by mnie przyjął w Wersalu w czasach swojej największej potęgi; można by rzec, że to on mnie zastępuje na moim tronie. Przyjęcie to wywarło na mnie taki skutek jak kubeł zimnej wody wylany mi na głowę (…). My, barbarzyńcy z Północy, mamy więcej u siebie ogłady.

A nazajutrz, kiedy jeden z jego rozmówców wyraża nadzieję, że Burbonowie powracają do Francji „wyleczeni ze swoich wad”, odpowiada: „Niewyleczeni i nieuleczalni!” Doda jeszcze: „Ci ludzie się tu nigdy nie utrzymają”.

W każdym razie musi, chcąc nie chcąc, dostosować się do tego majestatycznego grubasa. Pod jednym warunkiem: przed powrotem do Paryża Ludwik XVIII będzie musiał przyjąć przegłosowaną przez Senat konstytucję przewidującą rodzaj monarchii konstytucyjnej na wzór angielski. Król jednak składa 2 maja w Saint-Ouen deklarację, w której zamiast się opowiedzieć za opracowaną przez senatorów konstytucją obiecuje krajowi podstawowe wolności, przedstawicielstwo narodowe i równość wobec prawa. Oznacza to zniesienie wszelkich form absolutyzmu, ale zarazem odrzucenie zwierzchności narodu, niedającej się pogodzić z ideą dynastyczną. Konstytucja nie zostanie podpisana, ale w ślad za deklaracją ukazuje się karta nadana przez króla swoim poddanym i datowana na 19. rok jego panowania (licząc od śmierci Ludwika XVII w Temple). Aleksander zadowala się tym rozwiązaniem, które zaspokaja pretensje zarówno tronu, jak i ulicy.

Trzeciego maja [1814], następnego dnia po wydaniu deklaracji w Saint-Ouen, Ludwik XVIII wjeżdża do Paryża udekorowanego białymi sztandarami i kartonowymi tarczami z wymalowanymi na nich liliami. Tłum wznosi okrzyki na cześć otyłego starca rozpartego w kolasie, który unosi od czasu do czasu ze znudzoną miną swój wielki trójgraniasty kapelusz. Z uprzejmości gubernator wojskowy Paryża, Osten-Sacken, zarządził, by tego dnia żaden mundur aliancki nie pojawił się na ulicach. Mimo manifestacji zorganizowanych przez kilku rojalistów Ludwikowi XVIII daleko do popularności, jaką w stolicy cieszy się Aleksander. Ulokowany w Tuilerach, cierpi, słysząc zewsząd hymny pochwalne na cześć tego rosyjskiego władcy, którego szyderczo nazywa „małym królem Paryża”.

Aleksander natomiast, który w tym czasie wprowadził się do Pałacu Elizejskiego, odczuwa jedynie nieufność i wstręt do nowego pana Francji. Niemal żałuje Napoleona, którego, choć nienawidził, podziwiał. Kiedy powstaje kwestia – och, bardzo ostrożnie wyrażona – ewentualnego małżeństwa między jego siostrą Anną (tą samą, którą chciał poślubić cesarz Francuzów) a księciem du Barry, sprzeciwia się temu, nie chcąc wiązać swojej rodziny z rodem Ludwika XVIII, którego tron wydaje mu się niedostatecznie mocno utwierdzony.

Ma natomiast mnóstwo względów dla bliskich Napoleona. Jakby przyczyniwszy się z rozsądku do przywrócenia Burbonów, pozostał związany uczuciem ze wspomnieniem swego dawnego przeciwnika. Składa więc grzecznościową wizytę w Rambouillet, tymczasowej rezydencji Marii Luizy, ale szczególnie miły jest dla Józefiny. Prawie co dzień udaje się do la Malmaison, by spotkać się z odrzuconą małżonką Napoleona. Tam roztacza wszystkie wdzięki konwersacji i uśmiechu. Myśl, że podoba się kobiecie, która oczarowała „wielkiego człowieka”, podnieca jego wyobraźnię i łechce próżność. Zaleca się również do córki Józefiny, królowej Hortensji, która zachwyca go błękitnymi oczami, ładną nóżką i z dawna wypróbowaną zalotnością. W przypływie czułych uczuć wzdycha do niej: „Przyjechałem do Paryża pełen wrogości do waszej rodziny, a oto teraz tylko pośród niej odnajduję słodycz życia”. Uda mu się nawet skłonić Ludwika XVIII, by Hortensję uczynił księżną de Saint-Leu. Z Józefiną także prowadzi rozmowy pełne czułego respektu. Pewnego wieczoru, kiedy przechadza się z nią Po parku la Malmaison, chwytają ją dreszcze. W balowej sukni, rozgrzana tańcem, chciała odetchnąć świeżym powietrzem, i oto się rozchorowała. Wkrótce potem, 29 maja [1814], umiera na skutek przeziębienia. Car spędza noc jej konania w przyległym pokoju. Wraz z liczną świtą uczestniczy w obrzędach pogrzebowych, a oddział jego gwardii oddaje honory zmarłej.

Skoro Francja zdecydowała, że chce, by rządzili nią Burbonowie, trzeba – myśli – zebrać wokół nowego monarchy wszystkich tych, którzy służyli poprzedniemu reżimowi. Inaczej powstanie w kraju chaos i bardzo szybko zaszkodzi równowadze w Europie. A zatem, mimo wszelkich uprzedzeń do Ludwika XVIII, stara się zjednać dla sprawy królewskiej dawnych stronników cesarza. Obsypuje komplementami zwyciężonych marszałków, na przyjęciach obtańcowuje ich małżonki. Jego osobista popularność jeszcze bardziej się umacnia. Ma za sobą legitymistów, gdyż pomógł w przywróceniu monarchii, i bonapartystów, gdyż szanuje chwałę ich bożyszcza. Podczas gdy stary król tkwi w zamknięciu Tuilerów, on prawie każdego dnia wyjeżdża konno sam, bez eskorty, odpowiada na pozdrowienia gapiów, odwiedza zakłady publiczne, interesuje się losem chorych w szpitalach, wizytuje Pole Elizejskie, żeby sprawdzić, jak przebiegają naprawy spowodowanych przez Kozaków szkód wśród trawników i drzew, sypie poważnymi sentencjami i dowcipami, natychmiast zamieszczanymi w gazetach.

Przechodniowi, który go zaczepił, aby mu podziękować za przychylność, z jaką traktuje najskromniejszego obywatela, car odpowiada:

– Czy nie od tego są władcy?

Patrząc na posąg Napoleona na szczycie kolumny Vendôme, rzuca uwagę:

– Gdybym był tak wysoko, obawiałbym się zawrotu głowy.

Kiedy mu się proponuje przemianowanie mostu Austerlitz, mówi:

– Nie, wystarczy, że przeszedłem ten most z moją armią.

Aleksander przyjmuje bardzo uprzejmie delegację Instytutu Francuskiego. W salonach pani de Staël, która właśnie wróciła do Paryża z głową rozpaloną od polityki, ukazuje się jako szermierz pokoju i wolności, Z całym tupetem ubolewa nad zniewoleniem prasy francuskiej i ku zdumieniu swoich rodaków twierdzi, że prasa rosyjska jest zupełnie niezależna. Oświadcza także pani de Staël melodyjnym głosem:

– Z Bożą pomocą za mojego panowania zostanie zniesione poddaństwo.

I oświadcza La Fayette’owi, że opowie się bardziej stanowczo przeciw handlowi Murzynami.

Pani de Staël, wzruszona do łez, pisze:

Życzę sobie z całej duszy wszystkiego, co może wynieść tego człowieka, który wydaje mi się cudem Opatrzności dla uratowania zagrożonej zewsząd wolności.

Natomiast kanclerz Pasquier zauważa:

Cesarz Aleksander staje się bardzo popularny. Widać było, jak wszystko z niego emanuje, wszystko się po nim przetacza. Jego sojusznik, król Prus, przechodził niezauważony, mało się go widywało, unikał pokazywania się publicznie, miał przy tym zawsze wystraszoną minę, co mu nie mogło przydawać świetności.

Troyat, Kozacy, Rosjanie, Paryż, Rosjanie w Paryżu, Opiz, Aleksander I, Napoleon, BonaparteFryderyk Wilhelm III, król Prus
(rycina oparta na portrecie François Gérarda)

 

Sam Chateaubriand, którego patriotyzm tak mocno ucierpiał z powodu wejścia aliantów do Paryża, życzy sobie teraz spotkać się z Aleksandrem. Napisze:

Zdumiony i wewnętrznie unicestwiony, czułem się, jakby odebrano mi miano Francuza i zastąpiono je numerem, pod którym będę odtąd znany w kopalniach Syberii, a zarazem, jak rośnie moje rozgoryczenie wobec człowieka, którego chwała okryła nas tą hańbą.

To rozgoryczenie wyraził w broszurze Bonaparte i Burbonowie. Sądzi, że zdobył sobie w ten sposób prawo do tego, by Aleksander przyjął go z wszystkimi honorami. Zapominając, że już siebie widział jako „numer w kopalniach Syberii”, wiele się spodziewa po spotkaniu największego pisarza i największego monarchy swoich czasów. Ale Aleksander sprawia mu zawód, zachowując wobec niego skrajną rezerwę. Zamiast wyszukanych komplementów Chateaubriand słyszy, że literaci nie powinni mieszać się do polityki. Wierny przyjętej przez siebie postawie wspaniałomyślności nie wybacza pisarzowi francuskiemu, że w swojej filipice pognębia najświetniejszego z przegranych. Tu zdobywa sobie jeszcze jeden punkt w sercach bonapartystów.

Tymczasem zdjęto wreszcie figurę Napoleona z kolumny Vendôme i zastąpiono ją białym sztandarem w oczekiwaniu na wzniesienie na szczycie statui Pokoju. Dyplomaci od tygodni pracują nad ustaleniem podstaw tego pokoju. Trzydziestego maja 1814 roku zostaje podpisany traktat, na mocy którego Francja zostaje pozbawiona wszystkich swoich podbojów dokonanych po 1792 roku i wraca znów w granice dawnej monarchii. Duma narodowa jest tym okrutnie zraniona. Ustępstwa Talleyranda wobec aliantów uznaje się za skandaliczne. Szepcze się, że Ludwik XVIII został „sprowadzony w obcych furgonach”. A jednak zdaniem dyplomatów Francja bynajmniej nie została zdławiona przez zwycięzców. Dzięki energicznej interwencji Aleksandra nie będzie musiała zapłacić żadnych kontrybucji ani odszkodowań. Mimo nalegań Steina Aleksander nie godzi się również, by Alzacja i twierdze nad Renem powróciły do Prus. A posuwając bezinteresowność jeszcze dalej, postanawia, że zwyciężeni nie będą musieli zwracać dzieł sztuki zrabowanych podczas kampanii. Według niego te arcydzieła znalazły nad brzegami Sekwany wyborne miejsce, gdzie będą bardziej niż gdzie indziej dostępne europejskim wielbicielom sztuki. Jego otoczenie uważa, że życzliwość Aleksandra do Francuzów jest nadmierna i że w zamian za przelaną krew i cierpienia, jakie przeszła, Rosja nie otrzymuje żadnych korzyści terytorialnych.

Aleksander jednak zgarnął wielką nagrodę w postaci Polski i liczy na to, że na bliskim kongresie w Wiedniu alianci oficjalne uznają tę aneksję. Tymczasem wystrzega się pokazania kart i zwodzi Polaków gestami przyjaźni i kwiecistymi słówkami. Czartoryski, przybywając do Paryża, doznaje od cara braterskiego przyjęcia, które mu przypomina czasy młodości. Aleksander pozwala polskim pułkom, do końca wiernym Napoleonowi, powrócić do Polski „przy biciu w bębny” z „bronią, bagażami oraz barwami”, i oddaje je pod dowództwo wielkiego księcia Konstantego. Generałowi Sokolnickiemu, który pyta, czy polscy żołnierze będą mogli zachować swoje narodowe kokardy, odpowiada po francusku:

Tak, i mam nadzieję, że niedługo będziecie mieli pewność, iż zachowacie je na zawsze. Prawda, że miałem wiele trudności do przezwyciężenia, ale widzicie mnie w Paryżu i to wystarcza. Zmazuję gąbką przeszłość i choćbym miał prawo się uskarżać na wiele jednostek z waszego narodu, chcę o tym wszystkim zapomnieć. Jesteście dzielni, wypełniliście lojalnie waszą powinność.

Przed delegacją polskich oficerów oświadcza: „Dwa sąsiedzkie narody, które zbliżają do siebie język i obyczaje, kiedy się raz połączą, powinny się już zawsze kochać”. Przy obiedzie u generała Krasińskiego pije zdrowie „dzielnego narodu polskiego”. Na balu księżnej Jabłonowskiej pyta Kościuszkę, czy by nie zechciał powrócić do kraju. Stary bojownik odpowiada, że nie wróci do ojczyzny, póki nie zostanie wyzwolona. Na te słowa car uśmiecha się anielsko i głośno odzywa do otaczających go oficerów:

– Panowie, trzeba sprawę załatwić w ten sposób, aby ten dzielny człowiek mógł wrócić do ojczyzny.

I oświadcza Laharpe’owi:

Jak porządny człowiek może się wyrzec swojej ojczyzny? Gdybym był Polakiem, uległbym takiej pokusie, której oni się nie oparli. Moim zamiarem jest zwrócić wszystko, co będę mógł, z ich ojczyzny, nadać im konstytucję, która będę rozszerzał w miarę, jak będę nabierał do nich zaufania.

Naiwny Laharpe, poruszony, zwierza się pewnemu przyjacielowi:

Te słowa wciąż rozbrzmiewają w głębi mojego serca i raduję się na ich wspomnienie, ustawiając jego popiersie i rozwieszając portrety.

Ale Aleksander, na pozór tak ugodowy, potrafi, kiedy trzeba, według wyrażenia Beugnota, „mówić językiem napoleońskim”: „Tak trzeba, tak trzeba, rozkazy zostały wydane” Kiedy Ludwik XVIII uparcie zwleka z ogłoszeniem konstytucji, którą obiecał swoim poddanym, car daje mu do zrozumienia, że pozostanie we Francji, póki on się nie wywiąże ze swego zobowiązania. Król niechętnie ulega i wyznacza 4 czerwca na uroczyste ogłoszenie karty.

Jaka będzie przyszłość Francji? Aleksander jest sceptyczny: uważa, że nie można „ustanowić solidnego tronu na szczątkach Rewolucji”. Z  drugiej strony jest zawiedziony i zirytowany zachowaniem Talleyranda. Całkowicie oddany carowi od wejścia wojsk rosyjskich do Paryża, książę Benewentu potrafił w ciągu paru tygodni dowieść swojej niezależności. Pozzo di Borgo tak go opisuje w liście do Nesselrodego:

To człowiek do nikogo innego niepodobny: psuje, ustawia, intryguje, rządzi się na 100 różnych sposobów w ciągu dnia. Jego zainteresowanie innymi jest proporcjonalne do tego, jak bardzo ich w danej chwili potrzebuje. Jego grzeczności są pożyczką na lichwiarski procent.

Aleksander, zrazu żywo oczarowany francuskim dyplomatą, teraz ochłódł, odmawia przyjęcia go na audiencji pożegnalnej i mówi o nim z goryczą:

– Ten człowiek przez swoje zachowanie poświęca dla własnych ambicji ojczyznę i przyjaciół.

Uprzedzony o stosunku cara do niego Talleyrand pisze do Aleksandra:

Nie widziałem Waszej Wysokości przed wyjazdem, i ośmielam się to Panu zarzucić z pełną szacunku szczerością mojego czułego przywiązania (…). Z góry rozpoznałem Pańskie przeznaczenie i poczułem, że mógłbym, będąc na wskroś Francuzem, wesprzeć Pańskie plany, gdyż zawsze były szlachetne. Wypełniłeś Pan całkowicie swoje przeznaczenie (…). Uratowałeś Francję, Pański wjazd do Paryża oznaczał kres despotyzmu (…). Kto może sobie pochlebić, że po podobnej nawałnicy potrafił w krótkim czasie zrozumieć charakter Francuzów? (…) Francuzi na ogół byli i będą niestali w swoich wrażeniach (…). Ta zmienność usposobi ich rychło do powierzenia swojego dość znacznego zaufania rękom swoich władców; nasz go nie nadużyje.

Aleksander wyrusza w drogę do Londynu w przeddzień przyjęcia karty przez Senat i ciało ustawodawcze zebrane na wspólnym posiedzeniu. Pozostawia za sobą wspomnienie o oświeconej monarchii, pełnej wspaniałomyślności i łagodności. Przypominając pobyt cara w Paryżu, Chateaubriand pisze:

Wyglądał tak, jakby się dziwił swojemu triumfowi; błądził czułym spojrzeniem po zgromadzonej ludności, którą zdawał się uważać za ważniejszą od niego. Można by powiedzieć, że czuł się pośród nas jak barbarzyńca, tak jak Rzymianin czuł się zawstydzony w Atenach. Być może myślał także, że ci sami Francuzi pojawili się w jego spalonej stolicy; że z kolei jego żołnierze są panami Paryża, gdzie mógłby odnaleźć kilka wygasłych żagwi, które wyzwoliły i zniszczyły Moskwę. Te wyroki przeznaczenia, ten zmienny los, to wspólne nieszczęście ludów i królów, musiały głęboko zapaść w duszę tak religijną jak jego.

I istotnie, ta długa wojna z przerzucaniem się od rozpaczy do entuzjazmu, z jej intrygami politycznymi i wojskowymi, jej łukami triumfalnymi i stosami trupów, dworskimi balami i ogniskami biwaków, głęboko odcisnęła się na charakterze Aleksandra. Dla powierzchownego obserwatora ma zawsze tak samo przystojną twarz, tak samo gładką mowę, tę samą elegancję sposobu bycia, jak przed wkroczeniem wojsk francuskich do Rosji. Ale pod niezmienną powierzchownością wszystko się odmieniło. Niepostrzeżenie tak rozpieszczony wnuk Katarzyny II, posłuszny uczeń Laharpe’a, młody liberalny car, witany przy wstąpieniu na tron jako „anioł w purpurze”, stał się po swoich doświadczeniach człowiekiem, w którym zamieszkuje Bóg i go nie pociesza. Nawet doznając zawrotnej chwały, odczuwa niekiedy pustkę ludzkiej wielkości. Niezdolny wyrzec się przyjemności płynących z tego, że jest wszędzie honorowany i fetowany, w sercu nosi tylko smutek i trwogę. Wydaje mu się niekiedy, że żadna ziemska radość nigdy nie zaspokoi pragnienia absolutu, które go nęka.

Jednak gdy opuszcza Paryż 3 czerwca 1814 roku, obiecuje sobie jeszcze wielką radość w tej podróży: jego siostra Katarzyna niecierpliwie go oczekuje w Londynie i przepowiada mu osobisty sukces jeszcze znaczniejszy niż ten, który odniósł we Francji.

Gdzież jest zwycięski monarcha, którego charakter mógłby być uznany za jego pierwszą zaletę? – pisze do niego po francusku. – Cudownie jest słyszeć, co się o Tobie mówi. I do tych hymnów pochwalnych dodaje się jeszcze: »Nie ma w tym żadnej przesady, należy poznać jego duszę«. Nie rób mi wymówek, nie mówię Ci tego z przymusu. Sam zobaczysz, czy przesadzam.

Od wyjazdu cara siły alianckie zaczynają swoją ewakuację z Paryża. Ich wyjście dokonuje się tak dyskretnie, że można by pomyśleć, iż to ruchy wojsk na manewrach. Po dwóch miesiącach okupacji Francuzi zostają sami, z królem, którego niezręczne posunięcia dawnej emigracji już zdyskredytowały w oczach opinii publicznej.

 

Troyat, Henri. Aleksander I – pogromca Napoleona.
Przekład: Barbara Przybyłowska.
Warszawa : Wydawnictwo Amber, 2007.
Skróty i uzupełnienia, zaznaczone przez nawiasy kwadratowe, oraz ilustracje i podpisy: Periplus.pl / Kazimierz Robak

 

►► Rosjanie w Paryżu (1815) ◄◄
(fragment: Henri Troyat – Aleksander I, pogromca Napoleona; Warszawa : Wyd. Amber, 2007; przekład: Barbara Przybyłowska)