Kapitan Ziemowit Barański opowiada: Święto każdego dnia

Formalności dotyczące rejsów do portów innych krajów były bardzo skomplikowane. Po pierwsze: taki rejs musiał być zatwierdzony przez Główny Komitet Kultury Fizycznej i Polski Związek Żeglarski (a liczba rejsów była limitowana). Po drugie: załogi musiały mieć paszporty (a nie wszyscy je dostawali). Po trzecie: do wszystkich krajów obowiązywały wizy, o które należało się ubiegać na kilka miesięcy przed rejsem. Po czwarte: do ZSRR było też zazwyczaj wymagane zaproszenie miejscowej organizacji.

Jednym z zagranicznych rejsów Roztocza był rejs do Leningradu, Tallina i Rygi zorganizowany w 1971 roku, a więc w pierwszych latach żeglugi Roztocza. Kapitanem w tym rejsie był Tadeusz Zawadzki, któremu z pomocą lubelskiego dziennikarza ze Sztandaru Ludu – Ryszarda Wolaka udało się załatwić „Rejs delegacji młodzieży polskiej” na zaproszenie DOSAAF (Добровольное общество содействия армии, авиации и флоту, „Ochotnicze Towarzystwo Współdziałania z Armią, Lotnictwem i Mary­narką”, odpowiednik polskiej „Ligi Przyja­ciół Żołnierza”).

Przy dość słabym wietrze Roztocze osiągnęło Zatokę Fińską i trasa rejsu musiała prowadzić przez wody terytorialne ZSRR, co powodowało ciągłe kontrole i konieczność meldowania się dwa razy dziennie.

Zabawna sytuacja zdarzyła się 24 czerwca. Załoga postanowiła uczcić pierwszy dzień lata i na uroczystą kolację wszyscy zasiedli do stołu galowo ubrani. W tym czasie do jachtu podszedł okręt patrolowy i na pokład wszedł oficer i dwóch marynarzy. Po sprawdzeniu dokumentów oficer schodząc z jachtu zapytał, czy to jest jakieś święto, bo wszyscy są tak elegancko ubrani. Wtedy Irek Bieniaszkiewicz odpowiedział:

Niet, tak u nas w każdyj dień.

Oficer nic nie odpowiedział, tylko półgębkiem rzucił do marynarza pomagającego mu zejść z jachtu:

Wot, polskije pany.

 

Oczywiście od Kronsztadu konieczne było korzystanie z usług pilota. Tadeusz Zawadzki wspominał, że pilot był bardzo sympatyczny i szczęś­liwy, że może być na pokładzie jachtu żaglowego, co – jak widać – było tam rzadkością. Jacht postawiono w porcie handlo­wym, a przy trapie stała warta. W porcie załogą zajmował się „opiekun” dobrze mówiący po polsku, ale przerażony jakimikolwiek uwagami na temat ZSRR. Załoga miała możliwość zwiedzenia Leningradu i po kilku dniach postoju Roztocze kontynuowało rejs do Tallina. Tu znowu konieczny był pilot i znowu jacht postawiono w porcie handlo­wym. Przy wyjściu także konieczny był pilot, ale po ustaleniach szczegółów wyjścia wrócił na pilotówkę, a Roztocze wychodziło za nią. Miało to po części dobre strony, bo pogoda była mglista.

Tu znowu miała miejsce historia ilustrująca ówczesne życie w ZSRR. Pilot schodząc z jachtu zostawił na Roztoczu portfel. Kapitan zamierzał oddać ten portfel w Rydze z prośbą, aby go odesłać do Tallina. Jakie jednak było zdziwienie kapitana, kiedy w Rydze już czekał pilot z Tallina, aby odebrać portfel. Przyczyną był fakt, że w portfelu była przepustka do portu i pilot mógłby mieć wielkie problemy, gdyby ten dokument zaginął lub dostał się w niepowołane ręce.

 

Po krótkim pobycie w Rydze Roztocze kontynuowało rejs. Kolejnym portem był już Hel, a rejs zakończył się w Gdyni. ■

 


 

Na Stronie Głównej:

 

Kpt. Ziemowit Barański w r. 2008
(fot. Maciej Ombach)

 

 

s/y Roztocze w baksztagu, grot zarefowany
(arch. Ziemowit Barański)

 

 

Cdn. (co piątek)

 


Jest to fragment książki:

 

Barański, Ziemowit. S/y „Roztocze” – 50 lat na morzach i oceanach.
Lublin : Lubelski Okręgowy Związek Żeglarski, 2019.
ISBN: 978-83-7825-063-0

 

 

opublikowany za uprzejmą zgodą P.T. Autora.

Recenzję możecie przeczytać TU, a książkę kpt. Ziemowita można kupić w Lubelskim Okręgowym Związku Żeglarskim,
20-214 Lublin, ul. Montażowa 16; tel. (81) 747 4770
Najlepiej zamówić mailem: biuro@lozz.lublin.pl
Cena: 70 zł. Wpłata na konto Pekao S. A.: 71 1240 5497 1111 0000 5000 9819


► Periplus – powrót na Stronę Główną