Dygresja #7: To nie było aż takie proste

Z tym skłóceniem bym nie przesadzał. I jeśli nawet – nie dotyczy to „kolegów z Układu Warszawskiego”, a mnie.
Prawda: „robaczywa trójca” – czyli przedmioty, których uczyłem: polski, historia, rosyjski – miały złowrogą sławę i najniższą średnią ocen, ale jednak rejs zakończyłem w zdrowiu i bez strat, jeśli nie liczyć pary butów, które wylądowały za burtą z powodu zupełnie innego, o którym nie tutaj.
Prawda: na zakończenie rejsu Kapitan mi powiedział „Namęczyliśmy się z tobą, Kaziu”, na co odpowiedziałem „Nawzajem”, jednak nie zakłóciło to naszej wzajemnej relacji, a przynajmniej nie na długo.

Na spotkaniach porejsowych, a było ich sporo, jakoś też tego skłócenia nie odczuwałem.

4 października 2003: spotkanie w 20. rocznicę rejsu pierwszej SzPŻ KB

 

Przyjaźnie z pokładu utrzymują się do dziś, czego najlepszym dowodem był rejs rocznicowy w sierp­niu 2018 i spot­kanie w Gdańsku 7 wrześ­nia 2018.

 

Prawdą jest jednak i to, że rejs pierwszej Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego do Indii i Sri Lanki (1983/84) – dwa razy dłuższy (278 dni) od rejsu antarktycznego (132 dni) – mimo że żeglarsko łatwiejszy od wyprawy antarktycznej, był bardziej stresogenny.

Widać to np. po „Śpiewniku Szkoły Pod Żaglami”, który wypełniły szanty znane, lub te z rejsu antarktycznego, bo podczas rejsu powstała tylko jedna piosenka. Wena, potrzebna nawet do przeróbek cudzych tekstów, chyba wszystkich (na szczęście?) opuściła. Była co prawda piosenka napisana specjalnie dla SzPŻ przez zawodowców („Pogoria i wiatr”), ale że jej melodia była trudna i raczej dla głosów szkolonych, więc śpiewaliśmy ją rzadko, poza tym utwór powstał sporo przed rejsem.

Nie będę się kłócił, jeśli ktoś powie, że powyższy argument jest słaby. W bezkonfliktowym (w porów­na­niu z pierwszą SzPŻ) rejsie Pogorii dookoła Ameryki Południowej z Międzynarodową Szkołą Pod Żag­la­mi (Inter­na­tional Class Afloat1988/89, z uczniami z USA, ZSRR i Polski, też powstała tylko jedna piosenka: „Pogoria Blues”, napisana przez amerykańskiego nauczyciela Johna Crofta.

21 maja 1984: pierwsza Szkoła Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego w Horcie na azorskiej wyspie Faial

 

Stresogenność rejsu SzPŻ wynikała z kilku powodów. W porównaniu z rejsem antarktycznym było na nim nieskończenie więcej pracy, bo np. do służby wachtowej doszły zajęcia szkolne (tylko nauczyciele wiedzą, ile czasu zajmuje sprawdzanie zadań domowych, klasówek, kartkówek i zeszytów) oraz praca biurowa.

Piątka z rejsu antarktycznego, zwana „Układem Warszawskim” (czyli Stach Choiński, Janusz „Geograf” Kawęczyński, Andrzej Makacewicz, Wojtek Przybyszewski i ja), miała np. na głowie sekretariat (samych lis­tów wysła­nych podczas rejsu było 5054, w tym 120 pole­co­nych  – poczmistrz-Wojtek policzył je dokładnie), a w portach: organizowanie konferencji prasowych, kontakty z ministerstwami oświaty, radami miejskimi, kuratoriami, wypełnianie setek dokumentów niezbędnych każdorazowo podczas wejścia i wyjścia statku (strefy Schengen wtedy nie było) – praktycznie bez przerwy mieliśmy coś do roboty.

Ja np. w czasie całego rejsu byłem tylko na dwóch wycieczkach: na audiencji u papieża (bo była tam cała załoga, ale i tak byłem w drugiej turze) i – jako nauczyciel historii, więc poniekąd „służbowo” – w domu Napoleona na Wyspie Św. Heleny. Oczywiście – w portach wychodziliśmy „na miasto”, ale nasze wyjścia były na ogół połączone z odwiedzinami urzędów lub załatwianiem czegoś dla rejsu. Nie ma tu mowy o narzekaniu – organizacja tej imprezy nas cieszyła – po prostu relacjonuję fakty.

Również podejście do pracy i dyscypliny na pokładzie – delikatnie mówiąc – nie było takie same wśród całej kadry. Tarcia tym spowodowane były najmniej sympatycznym aspektem rejsu i źle rzutowały na atmosferę w załodze. Opisałem to dość dokładnie w książce „Szkoła”, dzięki czemu, część oponentów SzPŻ opatrzyła mój tekst etykietką „atak na Kapitana”, co było ewidentną bzdurą. Prawda, pisałem o konfliktach, ale całość jest – tak naprawdę – hołdem złożonym Krzysztofowi za jego pomysł, wytrwałość, konsekwencję i upór w realizacji czegoś tak niezwykłego i ważnego dla edukacji.

W „Szkole” napisałem m. in.:

[…] w naszym żeglarstwie Krzysztof to druga obok Zaruskiego postać. Zaruski przed wojną, a on po wojnie. Bo chyba nikt nam nie powie, że jest człowiek, który po wojnie zrobił więcej propagandy dla żagli i dla wyprowadzenia małolatów na morze niż Krzysztof.

Dziś, po 35 latach od rejsu pierwszej Szkoły Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego, jestem o tym przekonany jeszcze bardziej.

 

Poza tym istnieje chyba coś takiego jak sprawiedliwość dziejowa, czy choćby nawet chichot historii. Myślę, że widok Geografa i Robaka szorujących pokład jachtu kpt. Grubeckiego (za sterem) jest tego najlepszym dowodem.

4 lipca 2000, Nowy Jork (a może New Jersey), rzeka Hudson, Upper Bay

Kazimierz Robak
25 listopada 2018

 


powrót do: Ryszard Mokrzycki – POPŁYŃMY!, cz. III

© 2017 Frontier Theme