Jacek Rajch (10 lipca 1942 – 5 września 2026)

Skromny, cichy, konsekwentny do bólu – wolny i swobodny, z uśmiechem patrzący na świat i ludzi wokół.

Jego wieloletnie podróże przez Atlantyk na s/y Osprey, samotne i załogowe, powinny mu przynieść najwyższe polskie trofea żeglarskie, ale nie pomyślał o tym żaden z oficjeli, a on sam chyba nawet nie myślał o tym w ogóle, bo był ponad takie przyziemne sprawy. Żeglował, gdyż była to esencja jego życia.

Na Ospreyu pływał i mieszkał. Jedynie na Florydzie opuszczał jacht na krótko, by pomieszkać u którejś z córek, albo u przyjaciół.

Zawsze szukał towarzyszy podróży, którzy mieli trochę czasu i woleli zapłacić za żeglugę niż za przelot. Przyjaciele rozgłaszali w mediach jego komunikaty:

Cześć,
„Osprey” rusza w trzecią sobotę listopada na Karaiby z Mindelo (wyspa São Vicente, archipelag Zielonego Przylądka, Cabo Verde).
Jeśli ktoś chciałby dołączyć gdzieś na trasie między St. Vincent a Wyspami Dziewiczymi, to podaję trasę: St. Vincent, Martynika, St. Lucia, Antigua i Saint-Martin, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Puerto Rico, Bahamy i Floryda (Fort Lauderdale), gdzie mam zamiar być w marcu.
Zasięg telefonu satelitarnego będzie dopiero bliżej Karaibów, ale można wysłać do mnie emaila (do 35 znaków na 1 mail): [email protected]
Zadzwonię, jak będzie zasięg.
Jeśli nie możecie płynąć sami – roześlijcie to ogłoszenie chociaż do Waszych znajomych.
Pozdrawiam, Dziadek Jacek

 

Zapraszając na pokład Ospreya podpisywał się „Dziadek Jacek” – nie wiadomo dlaczego, bo ani on, ani jego jacht dziadkami nie czuli.

– Tych „skoków przez Atlantyk” było już…

– Dawno przestałem liczyć – odpowiadał Jacek, niczym milioner, mawiający, że tylko dorobkiewicze podają dokładne liczby, bo naprawdę bogaci ludzie nigdy nie wiedzą, ile mają pieniędzy.

Witold Zamojski:

Jacek mało mówił, dużo pływał. Znaliśmy się jeszcze z wczesnych lat 80-tych: Jacek bywał często kapitanem-instruktorem w Trzebieży, a ja często przypływałem tam Umbriagą. Nasze długie wokółziemskie rejsy zrobiliśmy w podobnym okresie: on na Stomilu, ja na Pogorii. Po tym rejsie postanowiłem zwiedzić Amerykę i na początku lat 90-tych osiadłem na wschodnim wybrzeżu Florydy. Jacek wtedy przypłynął tam pierwszy raz swoim jachtem Osprey, kupionym gdzieś na Karaibach i postanowił na nim zamieszkać na stałe.

Na Ospreyu popłynęliśmy razem do Key Largo – Jacek z żoną Ewą, ja z Moniką wówczas jeszcze moją narzeczoną.

Poźniej Jacek zaczął pływać jak liniowiec przez Atlantyk, omijając jesienne sztormy i sezony huraganowe w trasie powrotnej. Potrafił bezbłędnie wybrać czas wyjścia na Atlantyk w jedną i w drugą stronę.

Wielokrotnie spotykaliśmy się podczas jego wizyt na Florydzie. Tej wiosny zobaczyliśmy się podczas „Nocy pod namiotami” w polskim klubie „Sobieski” w Greenacres. Jacek był gotowy do kolejnego przejścia Atlantyku, ale najpierw potrzebował informacji, gdzie zrobić serwis wtryskiwaczy i pompy wtryskowej do silnika Ospreya. Siedział z nami przy stole mój kolega, który nagle powiedział: „Ciebie to chyba całkiem porąbało, żeby na takiej łupince na ocean”.

Jacek, wyraźnie zdegustowany, powiedział po cichu: „Ciężko rozmawia się w towarzystwie, które w ogóle nie wie, o czym ja mówię”, wciąż był miły, ale już lekko zdystansowany. Wróciliśmy do poprzedniego tematu dopiero wtedy, gdy zostaliśmy sami. Wspominaliśmy, o ile pamiętam, Wojtka Jacobsona. Któż mógł przewidzieć, że to ostatnie nasze spotkanie i wspólne wspomnienie o Wojteczku. Jak zwykle żal, kiedy odchodzi ktoś bliski naszych ideałów i fascynacji, tym bardziej, że straciliśmy ich obydwóch.

Jacek odszedł w Polsce w poprzednią sobotę. Jacht został na Kanarach. W smutku cieszę się jednak, że odszedł w gronie swojej rodziny – zawsze martwię się o tę chwilę w życiu wielkich podróżników.

 

Żegluj, Jacku, spokojnie i niech Ocean Ci sprzyja.

 


► Periplus – powrót na Stronę Główną