Powrót Ffy (i jego kompanii).
Zbigniew Studziński: Wyprawa

Ffy wyszedł z szafy. Spuszczona woda zabulgotała wesoło, sympatycznie. Wręcz kokieteryjnie. Zdezorientowany Ffy podejrzliwie obejrzał się z siebie. Pomyślał nawet, że może warto by przemyśleć tę kwestię, ale obwody myślowe miał już zajęte inną, ważną kwestią. Jeszcze nie wiedział jaką, lecz czuł, że był już blisko, bliziutko rozwiązania.

I nie mylił się. Po chwili wiedział już wszystko. „Jestem głodny – pomyślał. – Zjadłbym kanapkę”.

Poszedł w sobie tylko znanym kierunku, skrobnął energicznie kopytkiem w sobie tylko znanym miejscu i już po kilku chwilach zbierał wypływającą ze skały smółkę uranową. Starannie, pieczołowicie i z lubością rozsmarowywał ją na arkusikach azbestu. Kiedy miał już przed sobą apetyczny stosik, rozsiadł się wygodnie, umościł i zaczął jeść ze smakiem.

Kiedy zaspokoił głód potoczył dookoła spojrzeniem, zadumał się. Jak tu pięknie, pomyślał. Poczuł, że coś w nim, w środku, zaczęło wzbierać i pulsować. Czyżby smółka była przeterminowana? pomyślał z niedowierzaniem. Niemożliwe! Nie z tego źródełka. Wetknął sobie teleskop i poddał dogłębnej lustracji swoje wnętrze. I znalazł. Poznał przyczynę. Tak, oto zbudziła się nim chęć wędrówki.

Uspokojony, poddał tę chęć analizie. Następnie przegłosował przydatność pomysłu i zatwierdził go do realizacji. No, to w drogę, w drogę! Ale, tak samemu? pomyślał po chwili. Rozwinął trąbę, machnął nią energicznie kilka razy i zadął. Ale trąba, od dawna nie używana, zachowała się nienależycie. Nie zatrąbiła.

Ffy usiadł nieruchomo. Uruchomił wszystkie oczy i zaczął przeczesywać wzrokiem okolicę. Nagle… Wystrzelił szybkim jak błyskawica jęzorem i złapał przelatujący obok kamerton. Po krótkiej szarpaninie aparacik wydał oczekiwany dźwięk. Ffy dostroił trąbę i powtórzył zadęcie. Tym razem wszystko poszło znakomicie. Wytrąbił więc odpowiedni sygnał, powtórzył i usiadł pod skałą. „No, to teraz poczekamy” – pomyślał.

Już po kilku dniach, jak zwykle pierwszy, przybył Ggy.

– Cześć – zawołała. – Co się stało? Popatrz, płetwa mi się wystrzępiła, tak pędziłem.

– Siadaj, przyjacielu. Poczekamy na resztę. Może chcesz kanapkę?

– Po twoich kanapkach zawsze mam zwidy.

– I o to chodzi! Nie znasz się.

– Mam tu swoje łakocie. Przechodziłem koło kwaśnego jeziora i złapałem kilka małych ślepaczków? Chcesz jednego?

– Coś ty! Przecież po tym futro złazi z ogona!

– Jak tam sobie chcesz.

Przyjemną pogwarkę przerwało im nagłe, niewielkie trzęsienie ziemi. To zleciał Kky. Nie wiadomo skąd. Otrząsnął się, zrzucił z pancerza mały grzybek atomowy, pomachał na powitanie odnóżami i rzucił:

– Trąbiłeś, jestem!

Trochę zatoczył się i zawadził ogonem o szafę. Zatrzęsła się, stęknęła głucho. Kilka płatów forniru spadło wprost pod nogi Kky. „Ładne – pomyślał. – Okleję sobie czoło”.

– Czym się tak obżerasz? – rzucił w stronę Ggy.

– Mam ślepaczki. Chcesz jednego?

– Coś ty! Przecież po tym futro złazi z ogona! – Kky zatrzepotał powiekami z dezaprobatą.

– Jak tam sobie chcesz.

 W tym momencie zza pagórka wyłonił się Hhy. Posuwał się dostojnie, niespiesznie. Już z daleka mienił się kolorami. Każda jego łuska była polakierowana na inny kolor. W skrzela miał wpięte kolorowe taśmy, starannie udrapowane i ułożone w misterne pukle. Był piękny.

– Czołem – powiedział. – Czemu trąbiłeś? Byłbym tu wcześniej, ale musiałem dokończyć malowanie łusek. Ładnie jest, prawda?

– Yhy! – bąknęli chórem.

– A ty nie jedz tego świństwa, – zwrócił się do Ggy – bo ci futro z ogona zlezie.

– Nie znasz się – burknął Ggy niewyraźnie, z ustami pełnymi jedzenia.

– Uspokójcie się – powiedział Ffy. – Jest sprawa. Rozejrzyjcie się dookoła, spójrzcie na świat oczyma pełnymi spokoju i radości. Czyż nie jest pięknie? Niebo już dawno nie było tak ślicznie brązowe. Cóż za intensywny kolor! Wszystkie słońca świecą dziś na zielono. I ma tak być jeszcze przez jakiś czas. A zatem… – dramatycznie zawiesił głos. – Pora ruszyć na wyprawę!

Powiódł wzrokiem dokoła, zaskoczony ciszą. Dobiegły go tylko jakieś niezrozumiałe pomruki.

– Czyli… co? – Przerwał milczenie Kky.

– Wyprawa – powiedział Ffy. – Idziemy przed siebie, dokąd sensory poniosą.

– Wyprawa! – zawołał Kky wielkim głosem. – Brawo! Już, ruszajmy! Zbierajcie się. No, co z wami?

Zaczął podskakiwać radośnie i klaskać płetwami. Aż z sąsiedniego drzewa spadł deszcz orzechów i wiewiórka.

Otrzepała się z kurzu, nastroszyła kitę i wygładziła futerko. Popatrzyła na Kky surowo.

– Kretyn! – rzuciła i z godnością wróciła na drzewo.

– Ale najpierw trzeba zgromadzić prowiant – powiedział Ggy. – Ułożyć, posegregować, zabezpieczyć przed uszkodzeniem. To ważne. Nie można wyruszać tak na wariata.

– Upolujemy coś po drodze – gorączkował się Kky. – Albo znajdziemy.

– Masz rację – poparł go Hhy. – Nie ma co zwlekać.

– Tak! – Kky klepnął go radośnie w kark. Dyskretnie przydepnął kilka kolorowych łusek, które odpadły wskutek uderzenia. – Naprzód!

– Muszę tylko wpaść na moment do domu – powiedział Hhy. – Mam tam bardzo twarzowy pokrowiec podróżny. Oj, tylko czy aby nie pognieciony? A, to nic. Wyprasuję go szybciutko.

– Posłuchajcie! – Ffy próbował przekrzyczeć harmider. – Posłuchajcie!!!

Nic to nie dało.

Nagle coś zaczęło warczeć potwornie, zgrzytać i piszczeć.

– Przepraszam – powiedział zawstydzony Ggy. – W brzuchu mi kruczy. Musiałem zjeść coś ciężkostrawnego.

Odczepił żołądek i wysypał jego zawartość na ziemię.

– Fuj! – parsknął Hhy. – Paskudztwo. Ale… Co to jest? – rzucił, grzebiąc patykiem. – To moja kosiarka! Jak mogłeś?! Ty… ty…

Rozpłakał się.

– Daj spokój – odezwał się Ggy cicho. – Nie becz. Przecież nic się nie stało. Sam zobacz.

– Czemu to zrobiłeś? – Hhy nie przestawał szlochać.

– Oj tam. Przechodziłem, a ona leżała pod drzewem. I tak na mnie łypała, jakby była niczyja… Wiesz co? Mam w domu malakser. Dam ci go. Ma śliczny, rudy kolor.

– Hura! – wykrzyknął Kky. – Ruszajmy więc. Tra-la-la! – zaśpiewał donośnie, płosząc ptaki na sąsiedniej planecie.

Nagle szafa zaczęła dygotać, drzwi zaczęły się jej trząść. Wewnątrz narastał straszny hałas. Jakby wulkan budził się do życia i zbierał się do wyplucia lawy, jakby nadciągało transgalaktyczne tsunami. Na koniec usłyszeli przerażający ryk, jakby wszystkie wodospady świata wpadały do jednej dziury.

– CISZAAAAAAAA! Tutaj są tacy, którzy chcą spać!

Popatrzyli po sobie skonfundowani, pospuszczali głowy. I zmyli się jak niepyszni.

 

2020-11-19

Cdn.?


 

► ► ► Co było przedtem (czyli odcinki 1-10)

 

► ► ► Słowo wstępne (które coś wyjaśnia, ale niekoniecznie)

 


Periplus powrót na Stronę Główną