Kapitan Ziemowit Barański opowiada: Moje rejsy z kpt. Bolesławem Kowalskim.
Rejs czwarty: s/y Marcin

Bolek planował już na wiosnę 1958 nie tylko rejs do Sztokholmu i Helsinek na „Andromedzie”, ale i drugi rejs do Oslo i Kopenhagi, na przełomie września i października…

Każdy kto zaczynał żeglarstwo morskie, siłą rzeczy robił to pod dowództwem jakiegoś kapitana i oficera wachtowego. Były to zazwyczaj pierwsze autorytety, które w jakiś sposób kształtowały dalsze losy takiego żeglarza, jego wiedzę, podejście do obowiązków i respekt dla morza. Oczywiście jeżeli taki żeglarz miał szczęście i trafił na kapitana z wiedzą i klasą, to zostawało mu to na całe życie jako nieoceniony kapitał wiedzy i doświadczenia.

Ja takie szczęście miałem, bo pierwsze 5 lat mojego żeglarstwa morskiego spędziłem pod dowództwem kapitana Bolesława Kowalskiego i jemu zawdzięczam naukę dobrej praktyki morskiej i sporą część wiedzy żeglarskiej.

Pod komendą Bolka odbyłem pięć rejsów na różnych jachtach w latach 1956-1961 i dopiero kiedy uzyskałem stopień jachtowego kapitana żeglugi wielkiej w 1961 roku, nasze drogi na morzu się rozeszły. Ale przyjaźń pozostała do końca życia Bolka, a w pamięci trwa nadal.

 

Rejs czwarty: s/y Marcin

Bolek planował już na wiosnę 1958 nie tylko rejs do Sztokholmu i Helsinek na Andromedzie, ale i drugi rejs do Oslo i Kopenhagi, na przełomie września i października. Niestety okazało się, że Klub nie chce dać Andromedy na drugi rejs. Wreszcie po długich targach była zgoda na jacht Marcin. Był to „Konik Morski” konstrukcji Tumiłowicza, slup o powierzchni ożaglowania ok. 40 m2, jeszcze słabiej wyposażony niż Andromeda (tylko kompas sterowy) i oczywiście bez silnika – ale na wszelki wypadek były na pokładzie dwa wiosła od DZ-ty.

Na krótko przed wyjściem w morze okazało się, że nie ma map na Skagerrak i Oslofjord. Zaczęły się gorączkowe poszukiwania i Bolek przez jakieś znajomości załatwił, że mapy wypożyczy nam Marynarka Wojenna.

Ja byłem znowu pierwszym oficerem, więc wysłał mnie na Oksywie po odbiór tych map. Wszystko odbyło się dość sprawnie. Oficer z wydziału nawigacyjnego wiedział o wszystkim, miał przygotowany rulon map, wręczył mi go i szczęśliwy wróciłem na jacht. Można było wypływać.

W morze wyszliśmy 13 czy 14 września i przy sprzyjających wiatrach osiągnęliśmy Trelleborg, potem Göteborg, a następnie weszliśmy w Oslofjord i zaczęliśmy żeglugę do Oslo.

Wieczorem zaczęliśmy podejście do najwęższego przesmyku w Oslofjordzie – Drøbak. Po wyciągnięciu mapy tego odcinka z przerażeniem zauważyłem, że czerwonym tuszem naniesione są na niej stanowiska artylerii nadbrzeżnej. Schowaliśmy natychmiast tę mapę w jakiś najbar­dziej niedostępny zakątek jachtu, bo gdyby jakieś władze norweskie ją zobaczyły, pewnie więzienie by nas nie ominęło.

Dalej do Oslo był słaby wiatr, a na jakąś milę przed portem już była kompletna cisza. Wtedy przydały się wiosła od dezety – klnąc ciszę dobrnę­liśmy do portu.

Załoga s/y Marcin 
fot. z arch. Autora

 

W drodze powrotnej, już na Kattegacie, znowu była cisza – ładnych parę godzin staliśmy bez ruchu. Ale mieliśmy szczęście. Na horyzoncie pokazał się statek i, jak się okazało, pod polską banderą. Był to niewielki drobnicowiec z serii tzw. „krasnali”.

Zasalutowaliśmy mu, a statek zatrzymał się i zapytano, czy coś nam potrzeba.

Bolek odpowiedział, że nic, ale może mogliby nas podholować. Na to kapitan „krasnala” oznajmił, że może zwolnić do 8 węzłów, więc możemy spróbować.

Podano hol i zaczęliśmy żeglugę „w ślizgu”. Początkowo sternicy byli przerażeni tą szaloną szybkością, a Bolek kazał mi stać z nożem przy holu, aby w razie czego go przeciąć. Powoli jednak sternicy się przyzwyczaili i wszystko dobrze się skończyło.

Na redzie Kopenhagi oddaliśmy hol i ruszył się słaby wiatr, który niestety przyniósł gęstą mgłę. Bolek zdecydował, że w tej sytuacji wchodzimy do Hellerup, małego portu na przedmieściach Kopenhagi. Nawigując na dźwięk dzwonków tramwajów i sygnału mgłowego na główkach głów­nego portu Kopenhagi weszliśmy do Hellerup.

Warto tu zauważyć, jak zmieniło się wzajemne podejście statków handlowych i jachtów. Czy dzisiaj coś takiego byłoby możliwe?

Rejs zakończyliśmy w Gdyni 11 października 1958 r., znowu w gęstej mgle, co nawet zmusiło nas do kilkugodzinnego postoju na kotwicy na redzie, bo widoczność była rzędu kilkunastu metrów.

 

12.09.1958 – 11.10.1958
JACHT MARCIN
Kapitan – Bolesław Kowalski
I oficer – Ziemowit Barański
w załodze: Jerzy Kowalkowski
porty: Gdynia, Trelleborg, Göteborg, Drøbak, Oslo, Kopenhaga, Gdynia
1236 Mm.

Cdn. (co piątek)

 


Opublikowane za uprzejmą zgodą P.T. Autora.
Pierwodruk: Minuta Kapitańska. Bractwo Wybrzeża – Mesa Kaprów Polskich. 2016, maj; str. 3-6.

 

Fot. na Str. Głównej: Małgorzata Wielądek (2013-11-01)

 


► Periplus – powrót na Stronę Główną