Kpt. Krzysztof Baranowski płynie teraz samotnie dookoła świata po raz trzeci, a obecnie (wrzesień 2026) on i jego jacht Meteor znajdują się na Mauritiusie.
Na Ocean Indyjski wyruszył z australijskiego Port Darwin, podobnie jak 26 lat temu, gdy płynął samotnie wokół globu po raz drugi, wówczas na jachcie Lady B.
Dziś, dzięki powszechnym połączeniom satelitarnym, możemy śledzić żeglugę Kapitana dzień po dniu. Gdy 9 lipca 2026 wpłynął do Port Darwin, do akcji przystąpiły australijskie służby ekologiczne, których procedury są nie tylko uciążliwe ale i długie. Kapitan to zrelacjonował, nie narzekając. Za to wśród polskich internautów od razu podniósł się huczek: Jak tak można? Tak postępować z Baranowskim? Tak traktować Polaka?
Można. Tak się traktuje w Australii każdy jacht bez wyjątku, bo tam prawo jest prawem i obowiązuje wszystkich.
Poniżej, sporo wyjaśniający fragment książki, którą Kapitan napisał po powrocie z drugiego samotnego wokółziemskiego rejsu.
Kazimierz Robak
25 września 2026
Krzysztof Baranowski
Zamuszelkowany Port Darwin
Nie ma jak ominąć tego miejsca, choć leży nie całkiem po drodze. Morze Arafura ciągnące się za Cieśniną Torresa jest ciasne i nieprawdopodobnie płytkie, ale nie ma tu portów, by coś naprawić, kupić prowiant, czy nawet odpocząć. A do Port Darwin trzeba zawracać i halsować pod górkę!
Morze Arafura zmęczyło mnie psychicznie. Nie spodziewałem się, że są takie morza, które mają 20 metrów głębokości i ciągle nazywają się dumnie morzami. Przecież na Bałtyku takie płycizny nazywa się „ławicami”, bo cała reszta jest głębsza. A tu największa głębokość morza nie przekracza pięćdziesięciu metrów.
Jacht wolno kroi bure wody, bo wiatr jest słaby, choć chmury wyglądają sztormowo. Ostrzegano mnie w Port Moresby, że cyklon może się wykluć nad głową w każdej chwili, a sezon huraganów jeszcze się nie skończył. Najgorsze, że nie ma gdzie uciekać, bo brzegi niedaleko. Pocieszam się więc tym, że Cieśnina Torresa już za mną, a razem z czterokrotnym przejściem Cieśniny Drake’a i jednym Magellana – to już niezła kolekcja.
Do Port Darwin można płynąć skrótem przez Clarence Strait, ale mapy nie dostałem, a wszyscy są zgodni, że to równie nieprzyjemne miejsce co Cieśnina Torresa – silne prądy, liczne rafy i za dnia się nie przeleci. Odpuściłem i spokojnie poczłapałem do wysp Melville i Bathurst, które trzeba okrążyć niemal dookoła, by wejść w obszerną Zatokę Beagle, nad którą leży Darwin.
Morze Timor w okolicach Darwin NT, Australia
podstawa: Google Maps
Przy słabym wietrze wschodnim okrążyłem przylądek Van Diemena, odszedłem kilkanaście mil w morze, które w tym miejscu powinno nazywać się Timor i stanąłem w dryf, żeby po raz kolejny naprawiać autopilota. Tym razem urządzenie zaskoczyło, więc ciachnąłem kurs na południe i tak ustawiłem autopilota, by za parę godzin jacht zbliżył się do cypla Fourcroy, przy którym trzeba ostrzyć w głąb Zatoki Beagle.
Nie wiem, czy zmęczenie dało o sobie znać, czy też niefrasobliwość, ale po prostu się położyłem i zasnąłem. Kiedy w regatach o Mistrzostwo Polski w czterodniowym wyścigu wokół Christianso i Oland Sodra, zmagając się z pozostałymi kandydatami do regat samotnych przez Atlantyk straciłem kontrolę nad swoim organizmem, mój instynkt samoobronny po prostu się wyłączył. Gdy się ocknąłem po długim śnie, jacht „Nadir” dryfował kilkanaście mil od Władysławowa. Było to trzydzieści lat temu. Czy tyle lat doświadczeń niczego mnie nie nauczyło?
A teraz spałem znakomicie sześć godzin i obudziłem się o czwartej nad ranem wypoczęty i świeży. Cape Fourcroy był na trawersie w odległości 3 mil morskich. Gdyby ktoś mi o tym opowiadał, uważałbym to za mało prawdopodobne: mało sprawny autopilot, doświadczony żeglarz i po co ryzykuje?
A jednak nie miałem wątpliwości co do swojego bezpieczeństwa. Nie uważam się za odważnego faceta ani – tym bardziej – ryzykanta. Coś musi być między samotnym żeglarzem a jego jachtem, co usprawiedliwia niezrozumiałe odruchy. I odwrotnie – coś musi być między jachtem i żeglarzem, co tłumaczy, że nic się nie zepsuło, choć mogło tysiąc razy i że jacht nie zboczył, choć teoretycznie miał prawo z wielu przyczyn. Dlaczego nie wstałem ani razu, choć nocą zazwyczaj budzę się co dwie godziny? Psychika samotnego żeglarza kryje zagadki, których ja nie zamierzam odgadywać.
Zgodnie z oczekiwaniem na Beagle Gulf było halsowanie, ale w miarę upływu dnia wiatr się odkręcił i już poleciałem jednym halsem, żeby tylko zdążyć do Port Darwin przed zmierzchem. Urzędnik po drugiej stronie łącza UKF nie spieszył się jednak i kazał czekać do rana. Zakląłem, próbowałem perswazji, ale było już „po godzinach”. A tak chciałem uniknąć kotwiczenia.
Następnego dnia czekała mnie jeszcze cięższa próba. Kiedy [18 kwietnia 2000] podpłynąłem do pomostu odpraw, zwaliło się koło tuzina urzędników. „Lady B.” jest dużym jachtem, ale przybysze zdawali się go zadeptywać. Podejrzliwie patrzono w mój paszport (dlaczego nie ma wizy?!) i dokładnie sprawdzano zawartość schowków i bakist. Wydawałoby się, że samotny żeglarz powinien mieć jakiś kredyt zaufania, ale nie w Australii. Pytano mnie o poprzednie miejsca postoju, grzebano w dokumentach; śledztwo nie miało końca.
Kiedy już wydawało się, że wreszcie skończyli, przedstawiciel władz sanitarnych zabrał się do moich zapasów. Posegregował puszki z mięsem wołowym i z mięsem wieprzowym, pytając najpierw, które są które. Nie byłem sam pewien (bo z czego robi się konserwę turystyczną?), więc odpowiedziałem na chybił trafił.
Kiedy już „wredne” konserwy zostały zamknięte w szafce i zaplombowane (razem z jabłkami, których nie zdążyłem zjeść), a „dobre” konserwy ułożone w zęzie, urzędnik był gotów do wyjścia. Nie zdążyłem odetchnąć z ulgą, gdy pojawił się tropiciel zarazy muszelkowej.
Dżentelmen z wiaderkiem mydlika pytał o wszystkie wloty i wyloty, jak wyrzut z sanitariatu, wlot wody chłodzącej, pobór wody do kambuza, i jeden po drugim traktował mydlikiem. Przy okazji mówił, co się wydarzyło.
Niewielkie małże zwane „pręgowanymi muszelkami”, po łacinie Mytilopsis, nie przekraczają wielkością jednego cala, ale gdy po czterech tygodniach osiągają dojrzałość, rozmnażają się w zastraszającym tempie: pięćdziesiąt tysięcy (!) z jednego osobnika, co daje w rezultacie 100 kilogramów żywej masy. W szybkim czasie to potworne „cielsko” zalega dno, czepia się łańcuchów, zatyka otwory wody chłodzącej na statkach, rujnując w ten sposób silniki, oblepia łańcuchy kotwiczne i urządzenia portowe…
Zaraza Mytilopsis nawiedziła Fidżi przed rokiem 1900, Indie w połowie lat 60., Japonię i Tajwan w latach 70., Hong-Kong w 80. W roku 1998 dotarła do Australii. Australia, bardzo czuła na punkcie infekcji zewnętrznych, co odczułem na własnych zapasach, zareagowała na pojawienie się epidemii bardzo gwałtownie. Nowo zbudowana marina Cullen, do której właśnie nie chcieli mnie wpuścić, musiała zostać oczyszczona kosztem dwóch milionów dolarów. Od tego momentu każdy jacht przypływający z zagranicy musi być sprawdzany na okoliczność muszelek.
Po wysłuchaniu tej opowieści już nie szemrałem, tylko pożeglowałem, jak kazali, w drugi koniec portu (ciągle jeszcze nie stanąłem na australijskim lądzie), do stoczni, gdzie „Lady B.” założono pasy pod kadłub i sprawnie wystawiono na brzeg.
Podczas gdy dwóch specjalistów przyglądało się, co porasta dno, ja z przyjemnością stwierdziłem, że nie ma prawie nic z tego co znam: wąsonogów, pąkli i kaczenic. Po ośmiu miesiącach żeglugi nie trzeba było skrobać. Fachowcy pokręcili głowami i dali certyfikat czystości, czyli świadectwo moralności. Mogłem zawinąć do mariny.
Marina Cullen, gdy już wreszcie drzwi śluzy łaskawie się dla mnie otworzyły, okazała się uroczym zakątkiem, pięknie zagospodarowanym, z rezydencjami, restauracjami, kawiarniami i sklepami rozłożonymi wokół dużego oka wodnego, na którym przy pływających pontonach stoją jachty. Daleko stąd do legendarnego jachtklubu, który pojawia się we wszystkich opowieściach żeglarzy z dawnych lat. Podobno na Fanny Bay, również sławnej z opowieści, nadal kotwiczą jachty, ale w czasie sezonu. Teraz, z powodu kalendarza huraganowego, pozostaje w mocy zakaz kotwiczenia i zatoka jest pusta.
Tydzień mojego postoju wypełniły naprawy, konserwacja sprzętu, uzupełnienie zapasów. Bosman Ian pomagał mi bezinteresownie, gdy tylko miał wolną chwilę. Ja mu się rewanżowałem, przychodząc na jego jacht, doradzałem szczegóły przebudowy. Wielkanoc minęła prawie niezauważalnie, tylko rachunek za telefon komórkowy wzrósł gwałtownie, gdy okazało się, że jest połączenie z Polską.
Mój poprzedni pobyt w Australii trwał trzy tygodnie i był wypełniony nieustającą pracą przy „Polonezie”. Na trasie do Przylądka Horn miałem spotkać największe fale i najtrudniejsze sytuacje. I mogłem jeszcze zrezygnować, jak doradzało mi wielu znajomych…
Zaufałem jachtowi, który mnie nie zawiódł. A może nie było dostatecznie silnego sztormu? Parę tysięcy mil południowego Pacyfiku pokonałem w 40 dni, gnając na złamanie karku i ryzykując wywrotki. Chciałem uciec z trudnego rejonu żeglugi, ale również chciałem opłynąć Przylądek Horn jako pierwszy z polskich żeglarzy, gdy od Valparaiso skradał się dowieziony tam statkiem jacht „Euros”, również w celu pionierskiego opłynięcia Hornu. Zdążyłem trzy dni przed nimi i trzy dni przed ciężkim sztormem, który dla samotnego żeglarza mógłby być ostatnim. Odpoczywałem na Falklandach, gdy ocean szalał i doświadczał biednego „Eurosa”. Nie wiedziałem wtedy, że przelot przez Pacyfik został wpisany jako najszybszy spośród wszystkich samotnych rejsów. Nie dodano tylko, że ze strachu.
Najdłuższy odcinek z Falklandów do Plymouth dłużył mi się niepomiernie, ale widocznie nie było to doświadczenie negatywne, skoro 27 lat później znowu wypływam na długi oceaniczny przelot ponad 4000 mil przez Ocean Indyjski, celując w archipelag Seszeli pod brzegami Afryki.
I tak oto wychodzę z Port Darwin pięć dni przed końcem miesiąca [26 kwietnia 2000] na zdradliwe wody Morza Timor i chyba jednak pięć dni za wcześnie, bo pasat nadciąga dokładnie z oficjalnym początkiem sezonu żeglarskiego i z końcem sezonu huraganów – 1 maja. Przede mną ostatni z oceanów.
Baranowski, Krzysztof. Drugi raz dookoła świata.
Warszawa : Świat Książki, 2003; ISBN 83-7311-972-8
Strony: 114-120.
Trasa s/y Lady B. z Darwin na Seszele (26 kwietnia – 28 maja 2000; 4400 Mm) podczas drugiego samotnego rejsu Krzysztofa Baranowskiego wokół Ziemi
źródło: Baranowski, Krzysztof. Drugi raz dookoła świata, s. 123
Trasa s/y Meteor z Darwin do Pt. Louis, Mauritius (29 lipca – 4 września 2026) podczas trzeciego samotnego rejsu Krzysztofa Baranowskiego wokół Ziemi
37 dób żeglugi (w tym 3 doby postoju na wyspie Rodrigues), droga przebyta: 4438,56 Mm
Planowana trasa s/y Meteor (z Teneryfy do Teneryfy) trzeciego samotnego rejsu Krzysztofa Baranowskiego
na mapie zaznaczono również trasy Poloneza (1972-1973) i Lady B. (1999-2000)