Kapitan Ziemowit opowiada: Moje rejsy z kapitanem Bolesławem Kowalskim.
Ziemowit Barański: Rejs trzeci: s/y Andromeda

Wczesną wiosną 1958 roku Bolek zaczął organizować rejs morski do Szwecji i Finlandii…

 

Każdy kto zaczynał żeglarstwo morskie, siłą rzeczy robił to pod dowództwem jakiegoś kapitana i oficera wachtowego. Były to zazwyczaj pierwsze autorytety, które w jakiś sposób kształtowały dalsze losy takiego żeglarza, jego wiedzę, podejście do obowiązków i respekt dla morza. Oczywiście jeżeli taki żeglarz miał szczęście i trafił na kapitana z wiedzą i klasą, to zostawało mu to na całe życie jako nieoceniony kapitał wiedzy i doświadczenia.

Ja takie szczęście miałem, bo pierwsze 5 lat mojego żeglarstwa morskiego spędziłem pod dowództwem kapitana Bolesława Kowalskiego i jemu zawdzięczam naukę dobrej praktyki morskiej i sporą część wiedzy żeglarskiej.

Pod komendą Bolka odbyłem pięć rejsów na różnych jachtach w latach 1956-1961 i dopiero kiedy uzyskałem stopień jachtowego kapitana żeglugi wielkiej w 1961 roku, nasze drogi na morzu się rozeszły. Ale przyjaźń pozostała do końca życia Bolka, a w pamięci trwa nadal.

Rejs trzeci: s/y Andromeda

 

Wczesną wiosną 1958 roku Bolek zaczął organizować rejs morski do Szwecji i Finlandii. Piszę wczesną wiosną, bo w tamtych czasach rejs tzw. „zagraniczny” wymagał wielu miesięcy na załatwienie formalności. Przeszkody były wielostronne. Podanie o paszport trzeba było składać z trzy­miesięcznym wyprzedzeniem i do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy się go dostanie.

We wszystkich ambasadach trzeba było złożyć podanie o wizy i przedstawić dokładną trasę – planowane porty i czasu postoju w tych portach – co potem było skrupulatnie kontrolowane przez władze danego kraju. Otrzymanie wizy też nie było pewne do ostatniej chwili.

 

Bolek załatwił zgodę na miesięczny rejs na s/y Andromeda, eksploatowanym przez Klub LPŻ „Gryf” w Gdyni.

s/y Andromeda – z nieco późniejszych czasów, bo gdy ja pierwszy raz na niej pływałem, to nie miała sztormrelingu

 

Andromeda, jako jol o powierzchni ożaglowania ok. 80 m2, długości ok. 15 metrów i szerokości tylko ok. 3 m, z wielkim nawisem dziobowym i rufowym, była jachtem otaklowanym. Jacht żeglował bardzo mokro, ale był szybki.

 

Oczywiście, jak to było powszechne w tamtych czasach, był bez silnika. Pierwszym oficerem byłem ja, drugim oficerem Jerzy Kowalkowski.

Wyposażenie nawigacyjne było skromne. Jeden kompas sterowy w kokpicie, mapy, locje i spis świateł. Było jednak i coś więcej: sekstant i rocznik astronomiczny.

Ponieważ kompas był umieszczony w kokpicie, nie było można wykonywać namiarów. Bolek zarządził więc, że pierwszy oficer ma wykonać tarczę namierniczą. Pół dnia uganiałem się po Gdyni i Gdańsku, żeby znaleźć celuloidowy kątomierz obejmujący 360°. Potem trochę konsultacji z bosmanami i w końcu wykonałem drewnianą podstawę i celownik z blachy mosiężnej. Kapitan był zadowolony i mogliśmy wyjść w morze.

 

Wychodziliśmy 17 albo 18 lipca. W tym czasie falochrony basenu jachtowego w Gdyni miały wielkie dziury pozostałe po bombardowaniach i szczególnie przy wiatrach wschodnich w basenie hulała fala. Miało to złe, ale i dobre strony. Celnik, który wszedł na pokład i bardzo się czepiał spraw formalnych, po kilku minutach zapadł na morską chorobę i odprawę zakończył w trzy minuty.

Falochrony Gdyni po wojnie, w 1945 roku. Trzynaście lat później wyglądały lepiej, ale nie do końca
Fot. F. Staszewski / JKM „Gryf”

 

Z portu wyszliśmy przy silnym, prawie sztormowym, wietrze z W przechodzącym na NW i po minięciu Helu musieliśmy w bajdewindzie płynąć na północ. Portem docelowym był Sztokholm i początkowe plany przewidywały żeglugę tak, aby minąć Gotland prawą burtą, co jednak nie było możliwe przy wietrze z NW. W efekcie po dwóch czy trzech dniach żeglugi znaleźliśmy się na północnym Bałtyku nie bardzo wiedząc, gdzie jesteśmy. Szczególnie niejasna była nasza szerokość geograficzna. Pogoda była już dobra, wiatr osłabł i trzeba było wziąć kurs na podejście do Sztokholmu.

W tej sytuacji spróbowałem określić szerokość z kulminacji Słońca. Bolek nie bardzo wierzył w moje pomiary, ja zresztą tak samo, ale pozycję przyjęliśmy i o dziwo, po kilku godzinach żeglugi pokazały się szkiery i latarnie morskie, a więc pozycja była względnie poprawna.

Moja pierwsza pozycja astro

 

Bolek uwierzył w moje umiejętności nawigacyjne, a ja uwierzyłem, że nawigacja astronomiczna nie jest czarną magią. Potem, już do późnych lat 80., była to rutyna, ale pierwsze kroki zawsze się pamięta.

 

Po odwiedzeniu Sztokholmu, Mariehamn i Helsinek wracaliśmy do kraju przy wietrze podobnym jak przy wyjściu. Wiał NW 5-7 B i Andromeda pokazała, co potrafi.

 

Najlepszy przebieg dobowy na tym odcinku rejsu wyniósł 213 Mm tj. średnio 8,8 węzła.

Rejs zakończyliśmy w Gdyni, 12 sierpnia 1958 roku.

 

15.07.1958 – 12.08.1958
JACHT ANDROMEDA
Kapitan – Bolesław Kowalski
I oficer – Ziemowit Barański
w załodze: Jerzy Kowalkowski, Tadeusz Szostak
porty: Gdynia, Sztokholm, Vaxholm, Mariehamn, Helsinki, Gdynia
1416 Mm.

 


Opublikowane za uprzejmą zgodą P.T. Autora.
Pierwodruk: Minuta Kapitańska. Bractwo Wybrzeża – Mesa Kaprów Polskich. 2016, maj; str. 3-6.

 

Fot. na Str. Głównej: Małgorzata Wielądek

Wszystkie zdjęcia s/y Andromeda: JKM „Gryf”, Gdynia

 

 


 

Cdn. (co piątek)

 


► Periplus – powrót na Stronę Główną