Ryszard Mokrzycki: POPŁYŃMY!

Część I. Początki: od Mieszka I i Długosza

Prawdę mówiąc, Rysiu, wiele lat temu pozwalaliśmy sobie żartować z tych, co spisywali swoje pamiętniki: że robią bilans, bo niby już nic więcej nie mają do roboty, pamiętasz? Aż tu niedawno, natrafiłem na to, co o sobie napisałeś i zrozumiałem, jak bardzo się myliliśmy. Twoja autobiografia nie jest żadnym podsumowaniem! To zaledwie pierwsza część tego, co do tej pory przeżyłeś i zdziałałeś.  

Kończysz ją na latach 2008-2010, a Twoje rejsy, podróże i dokonania w minionej dekadzie dałyby materiał do opowieści wcale nie krótszej od tej, którą zapisałeś (zwłaszcza że nad latami najnowszymi się zaledwie prześlizgnąłeś). Tak więc to, czego w tej części Twojej autobiografii nie ma, jest równie ciekawe, jak to, co jest.

Miałem to szczęście, że z opisywanych przez Ciebie rejsów parę zaliczyliśmy razem. Wiesz, jak jest: gdy dwóch robi to samo, to wcale nie robią tego samego. A co dopiero, kiedy o tym opowiadają! Dlatego pozwoliłem sobie w kilku miejscach Twoją wersję skonfrontować z innymi wersjami tych samych wydarzeń (często moimi, a raz nawet samego Kapitana!). Być może znaczenia to wielkiego nie ma, ale Czytelnikom trochę ubarwi lekturę – bo przecież o to chodzi, „żeby gadka szła”… Tu uśmiechnie się tylko kilka osób, które pamiętają, skąd i czemu ten cytat, a ja sobie pozwolę na luksus niewyjaśniania: w końcu nie wszystko musi zostać powiedziane do końca.

Jeszcze dla porządku: Twój tekst „Popłyńmy” ukazał się drukiem w książce Obecność i ślad czyli rzecz o Pilanach wartych spotkania. Trudno o trafniejszy tytuł.

KR


 

 

Motto: Let’s Go With the Flow[1]

 

Część I. Początki: od Mieszka I i Długosza

Urodziłem się 16 czerwca 1954 roku w Krakowie[2]. Tutaj spędziłem szczęśliwe dzieciń­stwo i lata nauki, po czym wyjechałem do Piły, ale wrócę do Krakowa, bo tutaj mieszka cała moja rodzina i jest nasz grobowiec rodzinny.

Grobowiec wybudował tata, człowiek dbały o rzeczy (materialne), który przyjechał do Krakowa z Cmolasu, wsi pod Kolbuszową, w której prawie wszyscy nazywają się Mokrzyccy. O Cmolasie pisał już Jan Długosz. Obecnie ta niemal 8-tysięczna wioska ciągnie się na przestrzeni kilkunastu kilometrów, gmina ma swój herb, stro­nę internetową, oczy­sz­czalnię ścieków, basen, dom spokojnej starości i dom weselny, ośro­dek wypo­czynku, 7 boisk piłkarskich, 3 hale sportowe i 5 klubów piłki nożnej; wydawana jest tu gazeta „Panorama Gminy Cmolas” oraz powstała rozgłośnia „Twoje Radio Cmolas”. Kiedy idzie się po cmentarzu, wszędzie widzi się groby Mokrzyckich.

Mama przyjechała do Krakowa ze Stryszawy. Często spędzaliśmy tam wakacje, ponieważ dopiero później jeździliśmy z bratem na kolonie. Była to biedna wioska góralska w Beskidzie Żywieckim pod Suchą Beskidzką. Pierwsza wzmianka o wsi Stryszawa pochodzi z 1480 roku, ale sama gmina została włączona do Polski przez Mieszka I. Na portalu Gminy Stryszawa można przeczytać:

Tereny gminy Stryszawa należą do Polski od ok. 990 roku, kiedy to Mieszko I włącza do swego państwa Śląsk i Małopolskę. Wcześniej tereny te znajdowały się w obrębie wpływów państwa czesko-morawskiego. W roku 1000 ziemie te należały do powstałej diecezji krakowskiej, a więc i do ziemi krakowskiej. W roku 1138 król Polski Bolesław Krzywousty podzielił kraj między swych synów. Te tereny dostały się do tzw. Dzielnicy Senioralnej, którą rządzili synowie Krzywoustego: Władysław Wygnaniec, Bolesław Kędzierzawy, Mieszko Stary i Kazimierz Sprawiedliwy. Ten ostatni, w roku 1179, zrzekł się Ziemi Bytomskiej i Oświęcimskiej na rzecz syna Władysława Wygnańca – Mieszka Plątonogiego.   

 

Od najwcześniejszych lat ciekawiły mnie książki. Moja siostra Basia, starsza ode mnie o 7 lat, zauważyła to i nauczyła mnie czytać, a że szło mi nieźle, zatem zapisała mnie – 5-letniego brzdąca – do biblioteki i chodziła tam ze mną dumna, że ma zdolnego brata. W bibliotece pracowała pani, o której mówiło się szeptem, że jest wnuczką Wyspiańskiego. No cóż – Kraków to Kraków!

Szkoła Podstawowa nr 31 im. dr. Henryka Jordana, do której uczęszczałem, mieściła się prawie naprzeciw mojej kamienicy, tak że czasami można było zajrzeć do okien. Była to szkoła męska. Dopiero gdy byłem w klasie piątej lub szóstej, zaczęto przyjmować dziewczyny, ale ich rodzice wysyłali je tam niechętnie, ponieważ szkoła żeńska mieściła się w nowych budynkach, miała porządną salę gimnastyczną i co tu dużo gadać – wyższy poziom, podczas gdy u nas chodziło się na WF na krakowskie Błonia, które z jednej strony graniczyły ze stadionem „Wisły”, z drugiej ze stadionem „Cracovii”, a w rogu skierowanym w stronę Kopca Kościuszki i Piłsudskiego znajdowały się klu­by „Zwierzyniecki” i „Juvenia”. Niedawno obchodzono 200-lecie tej szkoły, założonej w 1816 r.

Wygląd szkoły w roku 1912 (projekt: arch. Jan Zawiejski)

 

Za każdą piątkę w szkole dosta­wałem od taty 5 złotych. Tych piątek było tak dużo, że potem tata płacił tylko złotówkę, ale i tak był to dla mnie niezły interes.

W piątej klasie przyszedł nowy nauczyciel matematyki, pan Ilnicki. Jego sposób wykładania i egzekwowania początkowo był dla mnie szokiem: nie rozumiałem go i miałem problemy, ale zawziąłem się, tym bardziej, że mój najlepszy kolega, Antoś Urban, najlepszy matematyk w klasie, chwalił go i oczywiście radził sobie świetnie.

Zajęcia z religii odbywały się w parafii Najświętszego Salwatora. Kościół parafialny, znajdujący się po drodze na Kopiec Kościuszki, został zbudowany w X w. na fundamentach kościoła z VIII w., a więc chyba najstarszego kościoła w Polsce. Jednak z uwagi na jego małe rozmiary na religię chodziliśmy do budynku klasztoru Norbertanek, który przylegał do większego kościoła św. Augustyna, otoczony od strony Wisły wałami, z których rozciągał się wspaniały widok na Wawel i zakole Wisły.

Kościół św. Augustyna i  św. Jana Chrzciciela oraz klasztor Norbertanek: po tych murach nad rzeką Rudawą (z prawej) i Wisłą chodziliśmy, co było oczywiście zabronione.

 

Jedną z ciekawszych postaci z mojej klasy był Kajtek. Pojawił się gdzieś koło piątej klasy i od razu wzbudził sensację: chudy blon­dyn o wyłupiastych oczach i grubych okularach. Był synem biologa i jego pasją były owady, które łapał na przerwach. Kiedyś, podczas barwienia któregoś z insektów, poplamił sobie włosy na zielono, co wtedy było dalekie od normy, i tak chodził do szkoły – ekscentryzm w ogóle mu nie przeszkadzał, zresztą nazywał się Jan Kajetan i kazał do siebie mówić Kajtek. Na komisji wojskowej, wiedząc, że nie wezmą go nigdzie, napisał w ankiecie, że chce do Marynarki Wojennej, najchętniej do łodzi podwodnych. Obecnie jest doktorem na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Inny z kolegów, Stasiu Kosch, okazał się potomkiem szlachty węgierskiej. W domu, a właściwie dworku, we Wrząsowicach pod Krakowem pokazywał mi dokument nadania szlachectwa podpisany przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, miał tam też obrazy Kossaków i szki­ce Matejki. Potem dowiedziałem się, że ojciec Stasia, również Stanisław Kosch, znany krakowski adwokat, bronił członków opozycji w stanie wojennym. Z kolei jego ojciec, Teodor Kosch, również prawnik, był adwokatem Ignacego Paderewskiego i Henryka Sienkiewicza.

 

Miałem dobry słuch muzyczny, toteż szybko wyłowiono mnie do chóru szkolnego, z którym jeździliśmy na różne imprezy i konkursy; prowadziła go pani Latoszek, drobna, szczupła, ale energiczna i pracowita kobieta. Miała z nami pracy co niemiara, bo pamię­tam, że byłem gadatliwy, ruchliwy i ciągle rozrabiałem, a było nas takich więcej.

Kiedyś przyszedł na lekcję śpiewu jakiś pan i przysłuchiwał się, jak śpiewaliśmy, po czym wyłapywał co dźwięczniejsze głosiki i już przy pianinie kazał powtarzać trójdźwięki. Przebrnąłem rów­nież tę eliminację i okazało się, że zakwalifikowano mnie do Chóru Filharmonii Krakowskiej. Oprócz mnie zakwalifikował się również Jasiu M. Mnie się tam nie spodobało – wola­łem grać w piłkę nożną i chuliganić z kumplami na boisku szkolnym, natomiast Jasiu został w chórze i objechał z koncertami całą Europę. Jednak gdy mniej więcej w szóstej czy siódmej klasie już prawie wszyscy pialiśmy kogucimi głosami mutantów i sypały nam się wąsiki, Jasiu nadal był ślicznym chłopczykiem o czarnych oczach, długich rzęsach i anielskim głosie, co powodowało nasze niewybredne żarty (wiadomo, klasa męska – walka samców, jak w przyrodzie). Dzisiaj zastanawiam się, czy czasem nie spowodowały tego jakieś środki farmakologiczne: w tam­tych czasach różne rzeczy działy się z farmakologią, a zdrowie nie zawsze było priorytetem systemu komunistycznego.

 

W podstawówce nauczyłem się grać na gitarze i zorganizowaliśmy nawet zespół mu­zyczny. Pewnego dnia wpadł mi w ręce podręcznik „ABC gitary” Józefa Powroźniaka. Wtedy zacząłem ćwiczyć grę na gitarze klasycznej i poznałem zapis nutowy. Ćwiczyłem intensywnie codziennie i myślę, że osiągnąłem poziom niezłego amatora. Naukę przerwałem dopiero po urodzeniu się mojej córki – już nie wyrabiałem się czasowo, tym bardziej, że było to w trakcie studiów na elektronice.

 

Chyba w piątej klasie zainteresowałem się językiem angielskim, prawdopodob­nie pod wpływem piosenek Beatlesów. Rodzice chętnie zgodzili się zapisać mnie na kurs języka angielskiego, a ja odkryłem u siebie zdolności językowe. To zainteresowanie ciągnęło się przez wszystkie następne lata: na wakacje jechałem zawsze z książką do angielskiego i wytrwale uczyłem się słówek. Od piątej klasy uczyłem się też rosyjskiego, już mniej chęt­nie, ale nie lekceważyłem tego języka, zgodnie z zasadą „uczmy się języków naszych… sąsia­dów”. Dlatego na studiach dodatkowo chodziłem jeszcze na niemiecki.

Klasa VIIIA: ja mam numer 30, obok stoi Antek – nr 31.

 

Hobby, które wpłynęło na moje życie, to radiotechnika. Zaczęło się od pro­stego odbiornika detektorowego zrobionego ze słuchawki telefonicznej i diody półprze­wodnikowej. Fakt, że po dotknięciu jednym przewodem do rynny mogłem słuchać I progra­mu Polskiego Radia, wzbudził taką moją ciekawość, że postanowiłem dowiedzieć się, jak to działa. Zrozumiałem, że chcę w przyszłości zostać inżynierem elektronikiem. Dowiedziałem się, jakie przedmioty będę zdawać na egzaminie na studia i idąc do liceum postanowiłem szczególnie uczyć się matematyki, fizyki i angielskiego.

 

Kiedy przyszło do wyboru liceum, mama posłuchała rady mojego kuzyna, Mietka Czumy, wówczas już uznanego i nagradzanego poety krakowskiego, wieloletniego redakto­ra naczelnego Przekroju, żeby posłać mnie do Nowodworka.

 

„Nowodworek” czyli Collegium Novodvorscianum, czyli Liceum Ogólnokształcące im. Bartło­mie­ja Nowo­dwor­skiego, to jedna z najstarszych szkół średnich w Polsce: została powołana przez Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego w 1586 roku. Wśród jej wychowanków są postaci świa­towego formatu jak Marek Sobieski i jego brat Jan – późniejszy król Jan III, bracia Śniadeccy, Jan Matejko, Józef Korzeniowski – znany później jako Joseph Conrad, Stanisław Wyspiański i Sławomir Mrożek.

Stojące w I L. O. popiersie Bartłomieja Nowodworskiego (1552-1625), kawalera maltańskiego, zwanego „komandosem królów Polski”.

 

Szkoła mieści się przy Placu Na Groblach, u stóp Wawe­lu, niedaleko jest Trakt Królewski, czyli droga z krakowskiego Rynku do Zamku Królewskiego.

Jan Nepomucen Głowacki (1802-1847). Widok na Wawel.
(1847, olej na papierze naklejonym na płótno; 645 x 995 mm; Państwowe Zbiory Sztuki – Zamek Królewski na Wawelu, Kraków)
Widoczna grobla, na miejscu której powstał Plac na Groblach

Sam budynek mieści się przy Plantach, czyli pasie zieleni, który powstał na miejscu fosy i dawnych murów obronnych Krakowa. Budynek w środku – z popiersia­mi i rzeźbami słynnych postaci – wygląda jak muzeum, zaś w auli znajdują się malowidła ścienne oraz witraże por­tretowe słynnych wychowanków.

 

Kadra pedagogiczna była zawsze barwna i oryginalna. Oto kilkoro z nich i ich przezwiska: prof. Różański „Słoń” – wspaniały chemik, który odszedł od nas, ponieważ został asysten­tem na Uniwersytecie Jagiellońskim; Karolina Talar, „Kura” – dobra polonistka, z którą jednak ciągle miałem zatargi; Stanisław Jastrzębski, „Grisza” – genialny nauczyciel historii, który potrafił nagrywać scenki historyczne pod­kładając swój głos pod różne postaci – plotka głosiła, że zdawał do Szkoły Teatralnej, ale się nie dostał. Wyniki z historii miał takie, że z Ministerstwa Oświaty przysyłali specjalistów, którzy robili nam testy historyczne. Myślę, że moje zainteresowanie historią, które pojawiło się znacznie później, to jego zasługa. Potrafił też dać nam sygnał, że oficjalna historia w którymś miejscu nie do końca jest prawdziwa.

 

Dygresja #1  – Profesor „Grisza” ► ► ► 

 

Osobny rozdział to nauczyciele matematyki. Najpierw był dr Nowecki – uczeń słynnej reformatorki nauczania matematyki, Anny Krygowskiej. Na jego lekcjach z tyłu klasy ciągle siedzieli studenci na praktykach nauczycielskich, a my czuliśmy się jak króliki doświadczalne.

Wspaniałym matematykiem był Wojciech Komusiński, „Komus” – również oryginał i trochę ekscentryk.

Naj­większym oryginałem był jednak nasz wychowawca dr Józef Bąk – trochę bufon i szpaner, ale który pisywał czasem do „Życia Literackiego” i sprowadzał do szkoły swoich kolegów literatów i artystów, aby w naszej auli opowiadali o sztuce.

W mojej klasie spo­tkałem ludzi, którzy z czasem osiągnęli znaczne sukcesy, jak np. Zbigniew W. – ambasador Polski (zrejterował jednak w czwartej klasie, bo był słaby z matematyki i bał się „Komusa”), Andrzej Potocki – potomek jednego z największych rodów magnackich w Polsce, teraz pracownik naukowy Politechniki Krakowskiej, czy Antoś Urban, z którym chodziłem do jednej klasy jeszcze w podstawówce – genialnego matematyka, który zrobił karierę w RPA, o czym opowiem za chwilę. Drugim moim kolegą z podstawówki był Tomek Stypka, obecnie doktor Politechniki Krakowskiej. Jego ojciec, Ludwik Stypka, był dyrektorem INCO – firmy, która opatentowała płyn do naczyń o nazwie „Ludwik” pochodzącej właśnie od jego imienia.

Trasa, jaką jechałem lub szedłem do Nowodworka, była taka, że po kolei dołączali do mnie Antoś i Tomek, zaś na końcu przyłączał się Maciek. Ostatni odcinek przechodziliśmy po wałach Wisły, mając przed sobą wspaniałą panoramę zakola Wisły pod Wawelem. W ten sposób uformowała się nasza czwórka, która przetrwała całe liceum, a nasza przyjaźń, chociaż z dużych odległości, trwa nadal i korespondujemy ze sobą przez Internet. Wszyscy dobrze się uczyliśmy, ale oprócz tego mieliśmy dobre wyniki w spo­rcie i narzucaliśmy klasie pewien sportowy tryb życia. Każdy z nas zdobył mistrzostwo szko­ły w jakiejś dziedzinie lekkiej atletyki, do tego Antoś był siatkarzem drugoligowego „Wawelu”, ja byłem koszykarzem „Wisły”, a Tomek koszykarzem AZS.

W liceum pojawił się nowy „element” w naszej edukacji – to znaczy dziewczyny.

Cdn.

Ryszard Mokrzycki

 


Ryszard Mokrzycki (ur. 1954), inżynier elektronik, żegluje od lat 40, a od 18 lat jest wykładowcą języka an­gielskiego w pilskiej PWSZ. Na przełomie lat 1980/1981 popłynął na Pogorii, dowodzonej przez Krzysztofa Baranowskiego, do Antarktyki. W Międzynarodowej Szkole pod Żaglami Krzysztofa Bara­now­skiego, płynącej na Pogorii w roku szkolnym 1988/1989 pod patronatem i flagą UNESCO, jako bosman i nau­czy­ciel informatyki, opłynął Amerykę Południową wokół przylądka Horn.

Pierwsza wersja tekstu „Popłyńmy” ukazała się drukiem jako rozdział książki: Obecność i ślad, czyli rzecz o Pilanach wartych spotkania.
[Kulec, Marek i in.; red.] Stowarzyszenie Przyjaciół Festiwalu Nauki w Pile : Piła, 2011.

 

 


[1] Poczekajmy, co przyniesie czas (dosłownie: płyńmy z prądem).

[2] Tak, wiem, powinienem zacząć:
Urodziłem się w czerwcu… znaczy w połowie czerwca właściwie… w drugiej połowie czerwca właściwie. Dokładnie… szesnastego czerwca. To tyle może o sobie na początek.
Ale jednak będzie więcej.

 


►  Periplus – powrót na Stronę Główną

© 2017 Frontier Theme