Jest październik roku 1972.
W czerwcu i lipcu Krzysztof Baranowski na jachcie Polonez ścigał się w transatlantyckich regatach samotników z Plymouth do Newport (na 55 startujących zajął 8 miejsce w swojej klasie i 12 miejsce w klasyfikacji generalnej).
6 sierpnia 1972 wypłynął z Newport na Ocean Atlantycki i popłynął na południe, by – jako pierwszy Polak i dziesiąty żeglarz na świecie[1] – opłynąć samotnie świat dookoła trzech przylądków: Agulhas, Leeuwin i Horn. Do Kapsztadu zawinie 13 października, ale na razie…
Przeczytajcie. Tak było 54 lata temu.
Krzysztof Baranowski
Chmury w ramionach Apostołów
[…] zauważyłem kątem oka błysk latarni morskiej na widnokręgu, w takim namiarze, jakbym już mijał Przylądek Dobrej Nadziei. Od kilku dni nie miałem pewnej pozycji astronomicznej, bo niebo było zachmurzone, a morze mocno rozkołysane. Zresztą nauczyłem się wierzyć swojemu wyczuciu. Na oko dodawałem wpływ prądu czy dryf, wielkość błędu w zliczeniu brałem z sufitu, zaokrąglałem w dół lub w górę w zależności od znaku dewiacji (której nie uwzględniałem, bo wydawała mi się za mała w stosunku do deklinacji magnetycznej) i najczęściej powstała stąd pozycja zliczona (czytaj – zgadnięta) niewiele różniła się od pozycji astronomicznej. Taka zgadywanka oparta na znajomości przedmiotu nazywa się po angielsku educated guess.
Na co się zdała moja edukacja nawigacyjna, skoro „popłynąłem w krzaki”?! Czekałem teraz, wytrzeszczając oczy w stronę, gdzie ostatnim razem błysnęła latarnia. I nie czekałem długo. „Polonez” wydźwignięty na grzbiecie jakiejś wyższej fali huknął w wodę i setki latarń morskich błysnęły równocześnie wokół kadłuba, kończąc swoje istnienie tym jednym błyskiem gasnącym za rufą…
Kiedyś znów sztormowa fala lub dziób statku przeorze ten szmat wody i rozświetli ponownie małe żyjątka. Nie sądzę, by którykolwiek marynarz z wysokości mostka wziął fosforyzującą wodę za latarnię morską. Na to trzeba żyć tak blisko morza, jak to się zdarza żeglarzom samotnym.
Zaoczenie nieistniejącej latarni morskiej wzmogło mój niepokój. Musiał on już podświadomie narastać, w przeciwnym wypadku nie widziałbym „błysku”. Wyciągnąłem wszystkie mapy: generalne Południowego Atlantyku i drogowe zachodnich wybrzeży Afryki. Na wierzchu położyłem mapę Zatoki Stołowej i okolic.
1972: s/y Polonez
fot. Marek Słodownik
Patrzyłem teraz na brzeg afrykański i usiłowałem sobie wyobrazić jego kształt, załomy linii brzegowej, te, które będzie można zauważyć z morza, i te, które zleją się w jedną niewyraźną linię nad horyzontem, niewiele ciemniejszą od szarego koloru morza.
Kilka z tych map otrzymałem od prezesa Południowoafrykańskiego Związku Żeglarskiego, Stana Jeffreya, w Cowes w Anglii, kiedy „Polonez” stał obok jego jachtu „Corsair”. Prosił o mapy Morza Północnego i Bałtyku, odwzajemniając się wręczył mi mapy Południowego Atlantyku.
Patrzyłem na nie wielokrotnie. Warunki hydrologiczne i meteorologiczne znałem z lektury locji. Teraz w myślach prowadziłem manewr, który skończy się obłożeniem cum na pachołkach pomostów jachtklubu. Przeważające wiatry, przypuszczalne zafalowanie, osłona lądu i ruch statków musiały być brane pod uwagę. Możliwość mgły, zachowanie się jachtu przy wyjątkowo silnym wietrze i przede wszystkim trafienie, gdzie trzeba.
Ląd z daleka jest tak nieczytelny, że każdy jego wyniesiony pagórek może być znakiem orientacyjnym – jeśli właściwie rozpoznany. I teraz właśnie, dwieście mil od lądu, szukałem na mapach moich atutów w rozgrywce podejścia.
Więc najpierw Góra Stołowa, o płaskim wierzchołku. Potem przełęcz i Dwunastu Apostołów – poszarpany łańcuch górski. Potem znów przerwa, to będzie Hout Bay, nad którą sterczy wyniosły Sentinel. Wreszcie łagodnie zbiegający do morza Przylądek Dobrej Nadziei (lepiej trzymać się z daleka, bo z łagodnością niewiele ma wspólnego).
A jeśli będzie noc? Najpierw powinien błysnąć Cape Point, latarnia na Przylądku. Nad Górą Stołową powinna być łuna, bo Cape Town to duże miasto. Jak raz określę swoją pozycję w stosunku do Zatoki Stołowej, będę żeglował na światła miasta. Kolejna trudność to odszukanie w różnokolorowym roju dwóch światełek – zielonego i czerwonego, znaczących wejście do właściwego basenu portowego. Trzeba będzie uważać na światła pozycyjne statków – również zielone i czerwone… otarłem spocone czoło, już teraz mi się gorąco robiło.
Na otwartym morzu każdy manewr można rozłożyć na etapy, odczekać ze zmianą żagla, iść dowolnym kursem w dowolną stronę, by dokończyć poszczególnych elementów manewru. Przy brzegu, a w szczególności w pobliżu portu, spóźniony manewr oznacza siedzenie na mieliźnie lub wpakowanie się pod dziób jakiegoś statku, czego nikt z zainteresowanych nie lubi.
Zgodnie ze zwyczajem cała załoga żaglowca już na kilka godzin przed wejściem do portu stoi na stanowiskach manewrowych. W wypadku załogi jednoosobowej obowiązuje to samo, tyle że nie ma kogo popędzać do manewrów.
A jeśli będzie mgła lub widoczność ograniczy ulewa? Sąsiedztwo brzegu zostanie zasygnalizowane uderzeniem kadłuba w skałę. Czekać z podejściem, aż się przejaśni, i dryfować nie wiadomo gdzie z prądem, czy próbować określić pozycję z namiarów radiowych? Szarpiące nerwy czekanie: co się wyłoni zza obłocznej lub deszczowej zasłony? A może nic się nie wyłoni, bo pozycja będzie błędna lub prąd zniesie poza zasięg widoczności brzegu.
W tej mojej rozterce było tyle niepokoju, co przyjemności. Jeśli na każdą przewidywaną okoliczność będę miał przemyślany plan i starczy mi sił do przeprowadzenia bezbłędnie wszystkich manewrów, będę mógł po zacumowaniu odetchnąć z ulgą i pozostanie olbrzymia satysfakcja. Część tej satysfakcji towarzyszyła mi teraz, gdy pociłem się z wrażenia na myśl o wszystkich niebezpieczeństwach i możliwych pomyłkach.
1972: Krzysztof Baranowski na Polonezie
fot. E. Quigley / arch. Krzysztof Baranowski
Pomyślałem i o zamkniętym Kanale Sueskim, powodującym zwiększony ruch wokół Afryki, i o gigantycznych zbiornikowcach, które nie mogą zmienić kursu, a najczęściej i szybkości, pomyślałem i o Dryfie Wiatrów Zachodnich, który mógł mnie popchnąć bardziej na wschód, i o Prądzie Agulhas, który mógł mnie popchnąć bardziej na zachód, i o ewentualnej awarii radionamiernika, i o nieuwzględnionym błędzie indeksu przy pomiarze sekstantem wysokości Słońca. Dopuściłem nawet tak absurdalną myśl, że nie jestem na Atlantyku, tylko już na Oceanie Indyjskim. Czemu nie? Kilkadziesiąt mil bardziej na południe i widnokrąg będzie prostą linią, tak jak przez dotychczasowe dwa miesiące…
Wyszedłem na pokład. Poza fosforescencją morza nic nie świeciło. Potem włączyłem odbiorniczek i ustawiłem na odpowiednią częstotliwość. Znów siedziałem przy stole nawigacyjnym i patrzyłem na tablicę przyrządów.
Charakterystycznym piuuuk zakończył się sygnał ciągły i odbiorniczek zaśpiewał da-di-da-di-daaa. Zgadza się – CT jak Cape Town. A teraz namiar. Zdjąłem z tablicy ręczny kompasik z anteną ferrytową i małym pokrętłem dostroiłem do rezonansu. Wskaźnik siły sygnału „wybił”, więc trochę wyciszyłem odbiornik i przy kolejnym sygnale ciągłym zacząłem obracać anteną wraz z kompasem. Kilka ruchów i mam uchwycony zanik sygnału. W tym kierunku leży Cape Town, nieco na lewo przed dziobem. Dokładny namiar odczytuję na kompasie. Chyba jednak jestem na Południowym Atlantyku.
Powtarzam operację na innej częstotliwości. Odbiorniczek wyśpiewuje Cape Point: da-di-da-di di-daa-daa-di. Z przecięcia dwóch namiarów powstaje pozycja na mapie, mniej więcej zgodna ze zliczeniem. Po cóż więc niepokój?
Wyszedłem jeszcze raz na pokład. Zaczęło mżyć, co zmniejszyło widzialność do pół mili. Spojrzałem na żagle ociekające wilgocią, na czarny graniasty przedmiot majaczący w olinowaniu – reflektor radarowy – i pomyślałem, że najwyższy czas wrócić do koi na drzemkę. Jutrzejszą noc spędzę na pokładzie.
Powtórzyłem namiary radiowe z wczorajszej nocy i zdaje się, że nie ma większych błędów. Wiatr jest łagodny i prócz pełnego zestawu żagli mogę dodatkowo nieść apsel stawiany pomiędzy masztami. Pięć żagli o łącznej powierzchni około 130 m2.
Obiad skromny – barszcz i indyk z ziemniakami. Nie należy rozumieć „indyka” dosłownie. Drobiu na jachcie nie hoduję, a w puszce amerykańskiej z napisem „Indyk” znajdowało się parę pasemek mięsa w zawiesinie galarety. Podobnie jak „Wieprzowina z fasolą” stanowi w rzeczywistości sos pomidorowy, w którym pływa fasola i do tego plasterek boczku. Że też kiedykolwiek narzekałem na polskie konserwy!
Na podwieczorek zrobiłem galaretkę wiśniową, którą bardzo lubię. Gdy tylko zastygła, zjadłem całe pół litra. Po czym w doskonałym nastroju zrobiłem linię pozycyjną z wysokości Słońca. Po nocnych deszczykach powietrze było przejrzyste przez cały dzień, ale Słońce trzeba było łapać w dziurach między chmurami.
Wydaje mi się, że już widzę ląd, ale to tylko chmury. Skupiły się tam, gdzie powinien znajdować się Przylądek Dobrej Nadziei i pewnie wylewają swoją zawartość nad Apostołami i Górą Stołową. Wiatr wciąż zmienia kierunek i muszę korygować kurs, zmieniać ustawienie żagli…
LĄD!!!
Zapada wieczór. Na linii widnokręgu leży spokojnie czarny ląd. Pofalowany zarys, który przed chwilą wydawał mi się chmurami, gdyż skryty w chmurach nie wyróżniał się zupełnie. W ręku trzymam szot, który zapomniałem wybrać, i gapię się, jakbym nie przewidział, że dziś wieczorem zobaczę ląd. Z lewej strony spłaszczenie, to pewnie Góra Stołowa, nieco w prawo chyba Dwunastu Apostołów. Potem jest przerwa i nie widać nic prócz morza – albo Hout Bay, albo False Bay, pewnie to drugie. I jeszcze dalej mały cypelek lądu – Cape Point lub Agulhas.
Wczoraj miałem wątpliwości, czy nie jestem czasem na Oceanie Indyjskim. Tymczasem zacząłem już wchodzenie do Cape Town…
– Hej, żeglarzu, żeglajże, całą nockę po morze…
Wydzieram się wniebogłosy do chmur, słońca i mew. „Polonez” pod pełnym zestawem żagli zostawia za sobą spieniony ślad. Trochę bryzgów wskakuje na dziób, ale patrząc, jak góry powoli wyrastając z wody, ani myślę o redukowaniu. Gnamy jak na skrzydłach w stronę lądu i choć się zastrzegałem, że nic mnie do tego lądu nie ciągnie, obliczam w myśli wejście do Cape Town na dwunastą w nocy.
Widać już ostry zarys Devils Peak i można odróżnić przerwę między Apostołami i Górą Stołową. Małe, drapieżne chmurki ciągną nad górami, ale tu, na morzu, wiatr ciągle świeży. Na kawałku jasnego nieba widać młody księżyc zastygły jak albatros wśród wędrujących chmur.
Minęła północ. Moja pozycja jest dokładnie określona, bo zewsząd mrugają latarnie. Widzę też łunę nad miastem. Tylko dopłynąć nie mogę.
Wiatr, słabnąc, powoli odchodzi i odchodzi, by ustalić się na kierunku północno-wschodnim. Jakim prawem, pytam, jakim prawem?! W Ryczących Czterdziestkach, które często, wbrew swojej nazwie, wykraczają poza szerokość 40° i sięgają 35°, dmuchają wiatry z ćwiartki zachodniej (od NW do SW). Pasat, który zaczyna się bardziej na północ, wieje z południowego zachodu i w okresie letnim taki sam wiatr (choć nie pasat, bo osiąga czasem siłę huraganu) wieje nad Przylądkiem. Natomiast wiatru północno-wschodniego w ogóle nie ma. Nie ma w opisach locji, nie ma na mapach pilotowych i nikt o nich nie słyszał. Więc skąd ten wiatr, który nie istnieje, a jednak słabo, bo słabo, ale dmucha? Tfu, na psa urok, trzeba się przepychać pod wiatr, wbrew oczywistej strategii podchodzenia do portu.
Siedzę w kokpicie ubrany w sztormiak, bo znowu co chwila kapie z nieba. Robię zwrot po zwrocie, zwalniając i naciągając baksztagi, szorując szoty w jedną i drugą stronę, przy trzaskach i kłapaniach grota i bezana. Boję się podejść bliżej brzegu, mimo włączonej sondy mogę się nieoczekiwanie nadziać na skałkę, jakich pod brzegiem jest sporo. Nie chcę odejść zbyt daleko, by nie nadkładać drogi i nie wychodzić na główny nurt prądu.
Patrzę na czarne morze i błyski latarń, czasem na żagle i siąpiące niebo i czekam świtu. I nagle widzę WĘŻA MORSKIEGO. Czy to godziny zmęczenia, czy przerost wyobraźni? Nie, widzę wyraźnie, jak w pół burty sunie wijący się kształt, jakby atakował „Poloneza”. Z dużą szybkością, na głębokości chyba metra lub dwóch pod wodą widać żywą torpedę, której ogon niknie w ciemności kilkanaście metrów dalej, instynktownie chwytam za obrzeże kokpitu, gdyż za chwilę nastąpi uderzenie, ale wąż, czy cokolwiek to jest, rozdziela się na DWA WĘŻE, które łagodnym łukiem okrążają jacht, jeden z dziobu, drugi od rufy, ponownie łączą się w jeden i z szybkością torpedy znikają w ciemności.
Przecieram oczy i obchodzę pokład, czy aby coś więcej mi się nie przywidzi. Przy tej okazji rzucam okiem za rufę i widzę, że i „Polonez” ma świetlny ogon, tyle że prosty, a nie wężowy. Kto to był, w takim razie?
Siadam ponownie w kokpicie i sennym wzrokiem patrzę, jak przesuwają się światełka statków. Czasem sięgam do wyłącznika świateł salingowych, który znajduje się przy zejściówce, i wtedy pokład i żagle zalewają snopy światła. Z dwóch świateł pozycyjnych znika zielone lub czerwone i zderzenia już nie będzie. Na widoczność moich świateł pozycyjnych, znikających w bruzdach fal, nie bardzo można liczyć. Raczej na odblask radarowy od aluminiowego reflektora. Na wszelki wypadek w stosownych momentach oświetlam się dokładnie, odżałowując cennej energii elektrycznej z akumulatorów.
Nagle głośne sapnięcie za plecami. Obracam się gwałtownie, ale widzę tylko ciemność. Uff, ta noc będzie chyba nocą dziwów. Czasami woda przy jachcie gada. Bulgoty, mlaśnięcia i głębokie westchnienia płyną spod dziobu, rufy lub burty w zależności od charakteru ruchu jachtu i wielkości fali. Gadanie morza jest mi znane – od cichego szeptu fali dziobowej przy słabym wietrze do złowrogiego syku pędzących grzywaczy w sztormie – ale to nie było nic z tego repertuaru. Żywa istota wychynęła pod osłoną ciemności z wody i schowała się, zanim zdążyłem wychylić się za krawędź pokładu. Ciekaw jestem, co wy byście powiedzieli zamknięci w ciemnym pokoju w domu na pustkowiu, czując nieoczekiwanie na karku czyjś ciepły oddech!
Nareszcie! Nad Górą Stołową wstaje świt. Pod granatowym pasmem chmur widać czarne zbocze masywu górskiego, a obok różowe tło nieba na wschodzie. Na morzu robi się coraz jaśniej, ale odsłoneczny stok jest ciągle czarny jak kir, na którym świecą jak brylanty uliczne latarnie. Te dziwnie zestawione kolory kojarzą mi się ze strojem cygańskim bogato wyszywanym cekinami.
Powoli wszystko blednie w świetle pochmurnego dnia, kontrasty słabną, ale wraz ze świtem ożywa bajeczny krajobraz. W przełęczy pomiędzy Górą Stołową i Dwunastoma Apostołami świeci pomarańcza, ale obydwa masywy przykryte buro-siną czapą. Ten pierwszy ciągle czarny w naszyjniku świateł, ten drugi nieco rozjaśniony, pełen szarości i brązów. Dopiero następne minuty rozjaśniają góry na tyle, by rozeznać uskoki skalne spadające niemal pionowo. Z tej odległości ledwo się zaznacza kreseczka drogi, która wydaje się półką skalną.
Na dole słabe podmuchy wiatru, ale na górze rozgrywa się cały dramat żywiołów. Chmury bezskutecznie atakują góry. Chwilami ukazują się granie, na których chmury rozwieszają swoje strzępki, by po chwili rozwiać się w dolnych partiach, a skondensować w górnych. Z przeciwnej strony niebo zda się obserwować tę walkę, kolejne zastępy chmur czekają na sygnał do natarcia, ale między nimi prześwieca niewinny błękit. U dołu jednej z chmur zwiesza się zabłąkany kawałek tęczy.
I miasto tego wszystkiego nie widzi. Leży pod chmurami i mruga światełkami, które palą się niepotrzebnie. To mi przypomina o zgaszeniu własnych. Teraz zauważam kadłuby statków, absurdalnie małych wobec wielkości gór, u stóp których żeglują. Może przynajmniej tam ktoś, kto stoi na wachcie, obserwuje ten świt. Marnuje się takie widowisko! Co do mnie, oczarowanego widza, nie żałuję tej jednej nocy straconej na halsowaniu do Cape Town.
A oto i moi nocni goście: wynurza się niedaleko jachtu głowa młodej foki. Głośnemu sapnięciu towarzyszy spojrzenie czarnych wilgotnych oczu i niepewny ruch rzadkich wąsów. Co pan tu robi? – zdaje się pytać foka, przekrzywia głowę i daje nurka. W czystej wodzie widać, jak sunie wężowym ruchem w stronę towarzyszek, które nieco dalej zabawiają się obracaniem sporej belki. Wydaje się, że drąg wiruje wokół własnej osi bez żadnego napędu, ale ja już w takie dziwy nie wierzę – przez lornetkę dobrze widać, że to sumiasta kompania z dużą radością zajmuje się ocieraniem grzbietów.
Zmieniam trochę kurs „Poloneza”, teraz ja was postraszę! Przerywają na chwilę zabawę, wysuwają zamszowe pyski, śmieszne ze spojrzeniem niewinnych oczu i zadzierżystym wąsem jak u nastroszonego kota i po kilkusekundowej obserwacji z szybkością torped odpływają w stronę następnej rozrywki. Towarzyszę im z lornetką przy oczach, baraszkują między sobą, popychają się nosami, nurkują i na przemian wyskakują na powierzchnię.
Uspokojony co do moich nocnych „wężów morskich” robię wczesne śniadanko. Resztki kaszy z kolacji i puszka „Wieprzowiny z fasolą” (wyjaśniałem już, że naprawdę to jest sos pomidorowy). Nie jestem pewien, jak żołądek przyjmie wątpliwej jakości (i świeżości) strawę, więc szybko aplikuję mocną i gorącą herbatę. Na deser piękna panorama miasta do oglądania.
Jakiekolwiek miasto na wzgórzach pięknie prezentuje się od morza (patrz Gdynia, Rio de Janeiro, Valparaiso). Cape Town nie tylko leży na stromym stoku, ale oparło się o majestatyczną górę i wydaje się, że piargi osypują się na najwyższe dzielnice. Przy pełnym świetle dnia widzę ochronny pas drzew posadzonych po to, by zapobiegał osuwaniu się gruntu.
A wiatr wciąż słabnie. Na nic plany efektownego wejścia pod żaglami. Zanim więc zrzucę żagle i włączę silnik, jeszcze chwila powolnego dryfowania, akurat tyle, by zdążyć się ogolić, umyć i przebrać w przygotowane na tę okazję spodnie ogrodniczki i czysty sweter. Potem możemy wchodzić.
U stóp Góry Stołowej
Na małych obrotach silnika „Polonez” wsunął się do basenu jachtowego. Bieg wsteczny jest tak mało skuteczny, jakby na tym jachcie w ogóle nie istniał, więc w nieznanym terenie wolę się nie rozpędzać. Motorówka, która wyszła na spotkanie, wskazuje drogę do pomostu w labiryncie cumujących jachtów. Po chwili burta jest przy wskazanym pomoście i 67-dniowy przelot z Newport do Cape Town zakończony.
Nie muszę już uważać na żagle i kurs, nie muszę kontrolować każdego ruchu, nie muszę czuwać nawet we śnie. Mogę za to mówić, a że moi pierwsi goście pytają, cieszę się z samego faktu, że mówię do ludzi, a nie do nieba, morza i wiatru. Sam również mam tysiące pytań. Jak i kiedy będzie można wyslipować jacht, kto mi pomoże w pracy na jachcie, gdzie są prysznice i toalety, czy daleko do miasta, gdzie wymieniać walutę, jak długo mogę stać przy gościnnym pomoście, kto naprawia żagle, jakie formalności muszę pozałatwiać, kiedy mogę spotkać komandora klubu, gdzie się tankuje wodę, a gdzie ropę…
W kilkanaście minut zorientowałem się, że najlepiej poinformowaną osobą w Royal Cape Yacht Club jest pani Joan Fry, sekretarka tego klubu. Blondynka, o śmiejących się oczach, ma w nich tyle sympatii dla świata, że starcza pewnie dla wielu innych łazików żeglarskich, którzy w rejsach dookoła świata zaczepiają o Cape Town.
Przepraszam, że męczę pytaniami, ale sprawa szybkiego remontu „Poloneza” leży mi bardzo na sercu.
– Kolejka na nasz klubowy slip ustawiona jest na dwa miesiące naprzód, ale myślę, że koledzy żeglarze na pewno ustąpią miejsca dla jachtu, który idzie na taką trasę. Już dzwonię.
Joan dotrzymała słowa i dwa dni później „Polonez” stanął na brzegu. Całe dno pokrywał gruby dywan wąsonogów, pełnych wigoru kaczenic, zaczepionych nogą na farbie przeciwporostowej (!) i wymachujących mackami w poszukiwaniu pożywienia. Potraktowałem je najpierw ostrym strumieniem słodkiej wody, czego nie lubią, a potem skrobaczką. Pomagał mi w tym dzielnie mój nowy bosman, Collin, zaangażowany na cały okres remontu do prac szkutniczych, takielatorskich i bosmańskich.
Była to niedziela i w klubie duży ruch, toteż wyciąganiu „Poloneza” z wody towarzyszyło duże zainteresowanie. Ale najbardziej zafascynowane były koty i krążyły wokół spadającego na ziemię ruszającego się świeżego mięsa wyprężone i z ogonami na baczność.
Z samego Cape Town niewiele na razie widziałem. Brodaty Norweg Konrad i jego przyjaciółka Christine pokazali mi okolicę. Jechaliśmy również tą drogą, którą z morza widziałem jako półkę skalną. Ale następnego dnia było slipowanie i moje półdniowe wakacje się skończyły.
Dyskusja z żaglomistrzem, wycieczka do agenta prowadzącego sprzedaż map, wizyta u agenta Polskiej Żeglugi Morskiej w sprawie pieniędzy, które „powinny nadejść”, konferencja z Collinem, co i jak naprawiać, umawianie dalszych pomocników do czyszczenia dna i malowania, obejrzenie nowych rodzajów farb przeciwporostowych, bo tego, co dotychczas używałem, nie mają, i tak dalej, i tak dalej.
Starałem się nie tracić pogody ducha, choć słońce prażyło, pieniądze nie nadchodziły, jeden z pracowników sknocił malowanie, agent oznajmił, ze map nie ma, a Collin powiedział, że trzeba bolce w płetwie sterowej wymieniać.
Kusił mnie kontynent i miasto. Zaproszenia sypały się obficie. Jeśli jednak miałem wyremontować jacht tak, jak sobie zaplanowałem, zrezygnować trzeba było ze wszystkiego. Żadnych wycieczek i żadnych wakacji. Przed nami Ryczące Czterdziestki, z którymi nie ma żartów. Prawie wszyscy żeglarze, którzy zawijają do Cape Town, płyną na północny zachód, tradycyjnym szlakiem pasatowym. Ja popłynę na południe w stronę Antarktydy, by potem z pierwszym sztormem polecieć na wschód. Ale o tym później. Morze nie potraktuje mnie według taryfy ulgowej dla zasłużonych żeglarzy, dlatego teraz, w tym cudownym krajobrazie, siedzę z nosem w notatniku, gdzie zapisane są wszystkie potrzeby jachtu.
– Nie zapomnij, Collin, o zabezpieczeniu zejściówki i awaryjnych klapach na luki.
Collin kiwa głową i na twarzy ma wyraz zniecierpliwienia, bo w jego wykazie pracy starczy na dwa tygodnie, a ja chcę to zrobić w dziesięć dni.
– Collin, co jest z mechanikiem, który miał przyjść do silnika?
– Powiedział, że przyjdzie.
– Ale go nie ma.
– Nie ma.
– Może poprosimy, by uruchomił także pompy hydrauliczne do naciągu achtersztagów.
– Jeśli przyjdzie.
Znowu wertuję notatki robione od kilku tygodni. W tym samym notesie są też uwagi dla szkutników amerykańskich i polskich, wykreślane pozycje po pozycji po usunięciu usterek w Szczecinie i Newport.
Collin też jest żeglarzem. Zbudował sobie jacht, na którym nie może od dłuższego czasu postawić masztu, bo gdy tylko zabiera się do pracy, przypływa ktoś, kto prosi o pomoc. Zarobek jest godziwy, więc maszt czeka. Collin wymierza odległość między dennikami i pokładem.
– Jak mam poprowadzić ten strop?
– Z jednej strony mocowanie w pokładzie, z drugiej na stalowym denniku. W środku ściągacz. Lina stalowa pójdzie za grodzią, na której wisi tablica przyrządów.
To zabezpieczenie na Ryczące Czterdziestki. Kiedy fala przejdzie po pokładzie i będzie usiłowała zmieść wszystko, co na nim stoi, łącznie z samym pokładem. Do takich zabezpieczeń należy także blokada kokpitu. Cienkie deseczki wsuwane w szyber zejściówki wydają mi się zbyt słabe.
South-Easter zaczyna dmuchać w Cape Town na wiosnę i dmucha tak przez całe lato wymiatając spod Góry Stołowej wszystkie śmieci i zarazki. Stąd jego nazwa Doctor Cape. A bywa, że dmucha z siłą huraganu.
Co roku, gdy zaczyna dmuchać Doctor Cape, opuszcza Przylądek kolejna falanga przelotnych ptaków. W tegorocznej serii pierwsza jest ,,Bavaria”, pękate jachcisko o solidnej klepkowej budowie i dużym bukszprycie z ożaglowaniem kecza. Właścicielami są dwaj bracia, Niemcy, którzy w Santa Barbara w Kalifornii prowadzą firmę meblową. Nie wiem jak inne, ale ten ,,mebel” im się udał. Opłynęli na nim wyspy Oceanii i teraz wracają przez Panamę do domu.
„Bavaria” jest najbliższym sąsiadem „Poloneza” i mimo woli uczestniczę w ich kłopotach. Właśnie pozbywają się karaluchów przy pomocy ekipy fumigacyjnej.
– Uważaj, bo przejdą na ciebie! – pokrzykują, rechocząc rubasznie. Nie ma to jak dowcip niemiecki skrzyżowany z amerykańskim. Kiedy manewrują przy wychodzeniu, bukszpryt „Bavarii” grzęźnie w takielunku „Poloneza” i tego już nie uważam za dowcip. Ale takielunek mocny, maszty stalowe, kończy się na naciągnięciu jednej liny i przeprosinach „Bawarczyków” z Santa Barbary.
Ostatniej nocy przyjęcie pożegnalne na pokładzie „Bavarii” było tak hałaśliwe, że miałem trudności z zaśnięciem. Ale rozumiem. Długie wachty wśród szumu morza, gwiazdy do towarzystwa i czekanie na następny port. Radość z samotności na morzu nie leży w mentalności tych chłopców. Płyńcie z Bogiem!
Zupełnie inaczej wypłynął „Siestar”, bez głośnych pohukiwań i zamieszania wśród otaczających jachtów. Niemal bezszelestnie. Allan Sies wraz z kilkunastoletnim synem i ich jacht przypominający dżonkę zniknęli pewnego ranka z portu. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Allana, pomyślałem, że to postać z Szekspira. Siwe włosy, długie do ramion, zwichrzone w podmuchach wiatru, i głęboko osadzone, brązowe oczy, nie dostrzegające otoczenia.
„Siestar” był keczem gaflowym, o dziobie zakończonym bukszprytem, pod którym widać było galion. Rufa nieco wzniesiona, otoczona balustradką ciągnącą się również wzdłuż obu burt. Jacht wyglądał, jakby stał tu już kilka lat i nie był w stanie wyruszyć w ciągu następnych kilku sezonów.
Czasem widziałem Allana, jak siedzi na baku, gdzie umocował potężne, zardzewiałe imadło, i zajmuje się kowalską robotą. Nigdy nie sądziłem, że wypłynie przede mną.
– Oto jak wyglądają samotnicy, którzy do nas zawijają – śmiała się Joan. – Nic i nikogo nie zauważają, niczego nie chcą i odpływają bez słowa.
Syna Allana widywałem niezmiennie w wełnianej czapce na głowie i z książką w ręce. Siadywał na różnych jachtach i w domku klubowym, zawsze w czapce, najczęściej zanurzony w lekturze.
Pewnego dnia rano chciałem sfilmować Allana i wywołałem go na pokład. Dopiero przy tej okazji dowiedziałem się, jak się nazywa. Zaprosił do środka, gdzie siedział syn i czytał, o dziwo, bez czapki na głowie.
Byłem zaskoczony. Wnętrze nie zdradzało śladów zaniedbania. Obszerne, wręcz komfortowe, było wyposażone we wszystko, co może być potrzebne do żeglugi na długich trasach. Allan pokazał mi książkę pełną wycinków prasowych dotyczących jachtu.
– Sztrandowanie – pomyślałem, patrząc ze zgrozą na zdjęcie jachtu leżącego burtą na piaszczystej plaży.
– Brzegi Nowej Zelandii – powiedział Allan bez dodatkowego komentarza.
Zaproponował mi jeszcze kawę, ale wymówiłem się robotą na jachcie. Zaprosiłem natomiast na „Poloneza”, gdzie zastać mnie można cały dzień.
Allan przyszedł jeszcze tego samego dnia. Od tego momentu pozdrawiał mnie, gdziekolwiek się spotykaliśmy: w łazience, przy klubie, w drodze do jachtu. On, który nikogo i nic nie zauważał, okazał mi tyle serdeczności. Czy też dlatego, że wyruszam na taką trasę?
Kiedy „Bavaria” odpłynęła, przestawiłem „Poloneza” na jej dotychczasowe miejsce. Dzięki prostemu manewrowi miałem nowych sąsiadów – jacht „Santana”, na którym Marty i Charles Pete opływają świat, tradycyjnym szlakiem pasatowym. „Santana” była przed wojną znanym jachtem regatowym. Jej wygląd i dziś świadczy o znakomitych walorach żeglugowych, natomiast wnętrze to sam szyk i tradycja. Wystrój z ciemnego drzewa, obszerna mesa, stół z uchwytami na szklanki, głęboka zejściówka.
Charles i Marty pływają z kilkuosobową załogą, teraz w rozsypce. Kukiem jest Marty. Twierdzi ona, że jako Ukrainka z pochodzenia znakomicie przyrządza „borszcz” i „holubki”. Nie miałem okazji próbować, ale kto był kukiem w długiej wyprawie, ma moją dozgonną sympatię i podziw.
„Santana” wypłynęła w drogę do Świętej Heleny, a dalej w stronę Panamy i San Francisco. Będę wspominał niedbałą elegancję Marty, leniwe ruchy i przymrużone niebieskie oczy. Kiedy byliśmy już w dobrej komitywie i spotykaliśmy się w klubie, bezwstydnie i przy wszystkich przeczesywała dłonią moje włosy. Uważam, że podobne gesty mogą być dla psychiki samotnego żeglarza szkodliwe… W każdym razie, odpłynęli.
– Będziemy się o ciebie martwili – powiedział na pożegnanie Charles.
Codziennie rano o godzinie 7.45 trójka dzieci w szkolnych mundurkach biegnie po trapie na nabrzeże. Mają regulaminowe czapki, krawaty i zazwyczaj bardzo się spieszą. Po kwadransie jacht opuszcza pan domu – Mike Saunders. Kręcące się, ale rzadkie blond włosy i takaż bródka. Na nosie okulary, na nogach skarpetki założone na nogawki spodni i przygotowane w ten sposób do jazdy na rowerze. Po chwili Mike odjeżdża do pracy swoim jednośladowym pojazdem, a na „Walkabout” pozostaje mama – Liz Saunders i najmłodsza córeczka Rachel oraz moc bielizny do prania. Przez następne godziny Liz żongluje kubłami z czystą i mydlaną wodą i pomiędzy masztami „Walkabout” rozpościera się dziwne majtkowe ożaglowanie.
Jak to całe towarzystwo wraz z gospodarstwem domowym mieści się na 11-metrowym jachcie, przechodzi wyobrażenie normalnego żeglarza. W każdym razie przyjaciele już się nie mieszczą i jeśli Liz urządza na jachcie herbatki, przyjmuje gości w kokpicie. Kto się nie zmieści – na pokładzie. Metodą naturalnej selekcji jednostki najmniej przystosowane zostają za burtą.
Jacht jest stary, lecz czysto utrzymany, ma szerokie nadbudówki i krótki bukszpryt. Saundersowie przypłynęli nim ze wschodniego wybrzeża Afryki i za kilka tygodni myślą wyruszyć w rejs do Anglii. Póki co, dzieci chodzą do szkoły, Mike do pracy, a Liz, jeśli nie pierze, zaprasza Collina i jego żonę Pamelę na herbatki.
Prócz wdzięku i gospodarności oraz dziesiątki innych zalet Liz gra pięknie na flecie. Ponieważ zna nuty, poprosiłem, by zapisała moją piosenkę, którą ułożyłem dopływając do Cape Town, a melodię ostatecznie wypróbowałem w czasie porannego golenia.
W przeddzień wyruszenia z Cape Town Liz i Mike urządzili pożegnalną kolację – na pokładzie „Poloneza”, bo na „Walkabout” nie ma miejsca i śpią dzieci. Gdyby nie oni, nie myślałbym o żadnych kolacjach. Chciałem zdążyć z remontem.
O Wojtku Białym słyszałem jeszcze w Polsce, ale wiedziałem niewiele ponad to, że nieoczekiwanie utknął w Cape Town.
Wyruszyli z Polski w dwie pary, transportując lądem mały jacht przerobiony z szalupy okrętowej. Wszystko razem nie było zbyt legalne, ale normalną drogą „jacht” nigdy nie przeszedłby pomyślnie inspekcji Urzędu Morskiego (nawet fabrycznie nowy „Polonez” potknął się na braku piorunochronów!). Po krótkotrwałej żegludze po Morzu Śródziemnym obie pary się rozstały. Mimo braku odpowiedniego stopnia Wojtek został kapitanem i szczęśliwie pożeglował do Afryki, na Wyspy Kanaryjskie, i znów do Afryki. O drugiej parze doszły wieści z Wenezueli: tamtejsze władze zapytywały w związku z rozbiciem jakiegoś jachtu, czy Polski Związek Żeglarski ma coś wspólnego z tymi żeglarzami.
Polski Związek Żeglarski, znany z celebrowania przepisów i kultywowania „dobrej praktyki morskiej”, nie chciał mieć nic wspólnego z żeglarzami, którzy tak zręcznie wymknęli się w daleki a nieformalny rejs. Także później, gdy z Rio de Janeiro przyszło od Wojtka pismo z prośbą o przyznanie „za zasługi” dyplomu kapitańskiego, wzruszono tylko ramionami.
Fakt, że Wojtek dotarł przez Atlantyk do Brazylii (w tym czasie już z inną partnerką), był wyczynem dużej miary, biorąc pod uwagę walory jego stateczku.
Dziwiłem się wtedy, że zajęło mu to trzynaście tygodni, ale moje zdziwienie było tylko dowodem ignorancji w sprawach oceanicznej żeglugi.
Tymczasem Wojtek oznajmił, że płynie dookoła świata. Punkt startowy jednoznacznie sugerował trasę, której pierwszym etapem była Południowa Afryka, a następnym Australia.
Przelot z Rio do Cape Town odbył Wojtek w towarzystwie żeglarza południowoafrykańskiego, co na miejscu zjednało mu olbrzymią popularność. Potem wszystko ucichło, do Polski dotarł tylko sygnał, że Wojtek startował w regatach Cape Town – Rio jako kapitan i zajął dobre miejsce.
Tyle wiedziałem wchodząc „Polonezem” do Cape Town. Od tego momentu każdy odwiedzający uważał za stosowne poinformować mnie, że jest tu mój kolega, który przypłynął szalupą niespełna trzy lata temu w rejsie dookoła świata, ale… nigdzie dalej nie popłynął.
Kiedy prostowałem, że nie jest to mój kolega i nie wiem nawet, jak wygląda, Joan kiwała z uśmiechem głową i mówiła z sympatią:
– Poznasz go, poznasz, niezły charakterek.
– Powiedz, Joan, czemu on dalej nie popłynął?
– Dziewczyny go zatrzymały.
– Doskonale to rozumiem, ale aż trzy lata?
– Obejrzyj sobie lepiej jego jacht, stoi na boi i się rozsypuje.
Postanowiłem poczekać, aż właściciel sam mi go pokaże, ale tajemniczy Wojtek się nie zjawiał. Dopiero Maciek Waligóra powiedział mi, że Wojtek przypłynie do Cape Town za tydzień. Jest oficerem na statku kabotażowym i pływa między Cape Town i Durbanem.
– Byłam nawet zdziwiona, że Wojtek powrócił po regatach Cape – Rio – mówiła Sue, ruda, zgrabna Angielka, która również brała udział w regatach. – Wojtek nie miał pozwolenia na pobyt w Afryce Południowej, co wydało się zupełnie przypadkowo przy sprawdzaniu dokumentów. Ale nie musisz się o niego martwić. Wojtek zawsze da sobie radę.
Sprawę formalnego pobytu Wojtka wyjaśniło jedno zdanie Jerzego Świechowskiego, autentycznie historycznej (a przy tym jakże sympatycznej) postaci w dziejach polskiego żeglarstwa. Jerzy Świechowski brał udział w wyprawie jachtu ,,Dal” z Andrzejem Bohomolcem i Jerzym Witkowskim. Rejs zakończyło w Chicago tylko dwóch – Bohomolec i Świechowski, co może być tematem oddzielnego opowiadania, gdyż niewielu żyjących zna kulisy sprawy[2]. W każdym razie „Dal” stała przez trzydzieści lat na honorowym miejscu w muzeum w Chicago. Po wojnie Świechowski znalazł się w Afryce Południowej, a nie mogąc otrzymać pracy na lądzie, wziął się do rybaczenia w okolicach Walvis Bay. Zawodowy oficer marynarki handlowej niewiele miał wspólnego z rybołówstwem, ale szybko opanował rzemiosło, zaś po trzech latach otrzymał posadę, tymczasową, w magistrackiej rachubie w Cape Town, gdzie do dziś pracuje, mieszkając w willi „Dal” nad brzegiem Camps Bay.
– Wojtusiowi nie dano wyboru; mógł iść tylko na morze, choć na lądzie czekała na niego dziewczyna.
Staliśmy na tarasie „Dali”, patrząc na przesuwające się po widnokręgu zbiornikowce. „Wojtuś” w ustach pana Świechowskiego brzmiało z ojcowska pobłażliwie,
– Jaka jest dziewczyna, dla której porzuca się tak ambitne plany? – pytałem siebie i Maćka.
Maciek przeciągał palcami po zawsze wzburzonej czuprynie, poprawiał okulary i mówił:
– Fajna babka. Nie jest żadną pięknością, ale fajna babka.
Pewnego dnia Maciek podjechał w porze obiadowej do nabrzeża; jak zwykle, żeby zapytać, czy może w czymś pomóc. Tym razem przywiózł ze sobą jakiegoś Argentyńczyka. Niewysoki, krępy, o czarnych, ruchliwych oczach i cofniętej nieco dolnej szczęce, przypominał gryzonia. Jak sprężyna wyskoczył z samochodu i pognał do domku klubowego, coś po drodze wykrzykując. Nawet nie zrozumiałem, czy po angielsku, czy po hiszpańsku.
– Pojedziemy na statek – powiedział Maciek.
– Czyś ty zbzikował? Mało mam roboty na „Polonezie”?
– Ale Wojtek ma służbę na statku, a ty chciałeś, zdaje się, poznać Wojtka.
Tymczasem towarzysz Maćka już siedział znowu w samochodzie i wlepiał we mnie czarne oczy.
– No co, jedziesz, Krzysztof? – zapytał po polsku „Argentyńczyk”.
Teraz przyjrzałem się bliżej Wojtkowi. Miał białą rozpiętą koszulę, pobrudzoną smarem, i ciemne wytłuszczone spodnie. Nie chciała góra do Mahometa… Wskoczyłem do samochodu.
Kabotażowiec linii Cape Town – Durban jest nużąco podobny do jakiegokolwiek statku jakiejkolwiek bandery. Białe lub kremowe korytarzyki ze stromymi schodami i małymi tabliczkami na dziesiątkach drzwi. W kabinie drugiego oficera, to jest w kabinie Wojtka, na stole pojawiła się butelka brandy, której nie lubię, a gdy została opróżniona – druga. W tym czasie Wojtek przebrał się w czystą niebieską koszulę i czyste brązowe spodnie, marynarkę przygotował na oparciu krzesła, a nogi w brązowych butach ulokował na biurku, zatelefonował do dziewczyny i odpowiedział kilkunastu marynarzom i praktykantom wchodzącym do kabiny. Z tonu błyskawicznych rozmów wywnioskowałem, że Wojtek jest tu lubiany.
Na ścianie kabiny, nad biurkiem, sylwetki pełnorejowych żaglowców wyciętych z gazet lub kalendarzy. Na półeczce, wśród innych książek, „Prawo morskie” Łopuskiego.
Wojtek będzie wkrótce zdawał egzamin oficerski i o tym rozmawiamy. A co z jachtem?
– Wszystko w porządku. Po małym remoncie nadaje się do dalszej żeglugi.
Wojtek wkrótce skończył wachtę, przenieśliśmy się więc do mnie. Nie komentował wyglądu „Poloneza”, tak jak ja nie komentowałem potem wyglądu jego jachtu. Gdy Maciek rozpalał się na tematy żeglarskie, Wojtek go mitygował:
– Take it easy, take it easy! Nie przejmuj się!
Następnego dnia Wojtek odwiedził mnie sam koło południa.
– Chodź do baru na piwko.
– Nie lubię piwa, poza tym mam robotę.
Wojtek jednak tak długo nalegał, aż ustąpiłem. Piwa oczywiście nie piłem. Po chwili Wojtek kazał barmanowi powtórzyć moją szklaneczkę. Nie pomogły perswazje i protesty.
– Czy pokazałbyś mi swój jacht? – to pytanie cisnęło mi się na usta od naszego pierwszego spotkania.
– Z przyjemnością – w głosie Wojtka nie było cienia zażenowania.
Po chwili staliśmy na pokładzie zabudowanej szalupy o dwóch sterczących patykach. Kiedyś niebieski czy zielony pokład – teraz łuszczył się całymi płatami. Przez pianki pokładu widziałem kolebiącą się wewnątrz wodę.
– Każdy wodoszczelny przedział ma swoją pompę – tłumaczył Wojtek, pokazując przerdzewiałe pompy bez rączek. Z pewnością dawno nie były w użyciu, gdyż woda sięgała powyżej podłóg, choć podłogi już nie istniały. Jedyny szczegół świadczący, że ten wrak był kiedyś dla kogoś domem i statkiem, to na wpół zgniły materac podwinięty na rozbitej koi, by nie dosięgała go woda, czy ta z zęzy, i czy ta kapiąca z góry przez szpary.
– Wszystko dąb i kanadyjska sosna – dotarł do mnie głos Wojtka. – W czasie najbliższego urlopu wyciągnę go z wody i podmaluję trochę.
Słowo „podmaluję” brzmiało jak szyderstwo, ale Wojtek był daleki od autoironii. Patrzyłem na spękane wanty, które rdza na wskroś przeżarła, i na reling, który dosłownie „odpadł” jak jesienny liść od drzewa. Wojtek, idąc za moim wzrokiem, dorzucił:
– Trzeba wymienić kilka stalówek i jacht będzie gotowy do dalszej drogi.
„Czy możliwe, byś w coś takiego wierzył?” – pytałem się w duchu. Siadłem na nadbudówce. Dwoje ludzi przeżywało tu niecodzienne dni. Kobieta i mężczyzna. Cóż za piękny temat do dramatu. A potem dwóch mężczyzn żegluje trudną trasą z Rio do Cape Town. W sztormie jeden z nich wypada za burtę, a drugi, jest nim Wojtek, wykonuje manewr „człowiek za burtą”, choć szalupa żadnym sposobem nie jest w stanie żeglować pod wiatr, szczególnie sztormowy. Manewr jest udany, a jacht dociera na miejsce przeznaczenia. Czy to możliwe, by był to ten sam wrak?
Tak byłem przygnębiony, że nie wiedziałem, co mówić. Wojtek wlazł na chwilę do mesy, stawiając nogi na resztkach stołu nawigacyjnego i koi, by nie wpaść do wody. Po chwili wylazł, trzymając w ręce dwie nowiusieńkie butelki brandy. Pomijam zdumiewający fakt doskonałego zaopatrzenia barku, który musiałem przeoczyć, ale same butelki wyglądały jak wyjęte z półki u barmana „Waldorff-Astoria” w Nowym Jorku…
Nie był to ostatni prezent od Wojtka. Następnego dnia przyszedł na „Poloneza” i przyniósł dwie mosiężne kłódki.
– Wojtek, po co mi kłódki?
– Przydadzą się.
– Ale ja nie mam co zamykać na „Polonezie”.
– Take it easy, przydadzą się.
Kłódki zostały i plączą się teraz po całym jachcie, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
– Take it easy – powtarzam sobie, kiedy wpadają do zęzy, ale wyciągam je znowu i upycham w nowe miejsce. – Take it easy![3]
Sprawdzanie samosteru
fot. E. Quigley / arch. Krzysztof Baranowski
Mój pobyt w Cape Town dobiega końca. Odpoczywać będę na morzu, bo na lądzie nie można oderwać się od nieustannej harówki. Na tym postoju najwięcej skorzystał jacht.
Żaglomistrz, Jack Koeper, zreperował żagle i ponaszywał dodatkowe wzmocnienia na szwach bezana i grota, tam gdzie żagle opierają się o wanty przy kursach pełnych. Patent Bernarda Moitessier.
Silnik i pompy hydrauliczne znów sprawne, choć rdzewienia angielskich siłowników nie sposób powstrzymać. Instalacji elektryczna naprawiona. Kadłub i drzewca pomalowane. Płetwa sterowa ma wymienione bolce. Stalowe maszty również mają świeżą warstwę lakieru. Forsztag, odwrócony końcami, wisi teraz na nowym łączniku.
John Bull, jeden z przyjaciół Joan Fry, bezinteresownie przyłożył fachową rękę do naprawy wyłamanych zasieków w forpiku i zawstydził Collina szybkością pracy.
Szczególną uwagę zwróciłem na uszczelnienie świetlików gumą PRC. Znakomite są te pryzmy szklane, które na zewnątrz stanowią fragment płaskiego pokładu, a wewnątrz, wskutek swojego kształtu, rozpraszają światło nad warsztatem. Trochę gumy wyłazi teraz na boki, ale pal diabli estetykę. Byle nie ciekło.
Wymieniony filtr bocznikowy oleju i filtr paliwa w silniku, zmieniony olej, oczyszczone filtry wstępne paliwa. Wszędzie było sporo błota.
Sporo czasu zajęło strojenie nadajnika. Przy tej okazji wyszły na jaw uszkodzenia, bardziej kosztowne niż zauważalne. Nie wiem, jak udawało mi się nawiązywać łączność przedtem, ale teraz będzie na pewno bomba!
Sekstant, co do którego miałem wątpliwości, sprawdzony i oczyszczony. Podobnie kompas sprawdzony i tabelka dewiacyjna potwierdzona przez zawodowego dewiatora. Pół dnia zajęło nam manewrowanie na silniku za falochronem portu na różnych kursach i w różnych namiarach. Dewiator okazał się autentycznym Cap-Hornerem, więc spotkanie na pokładzie „Poloneza” było podwójnie pożyteczne. Nie straszył mnie tamtejszą pogodą, zgodził się, że jacht wygląda na dobrze przygotowany, ale gdy zapytałem o szanse na bezawaryjne przejście, pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
Za radą Edźki Hoffmanna, głównego konstruktora „Poloneza”, dokręciłem nakrętki bolców wzdłuż zrębów burtowych. Pytałem go telefonicznie o radę, jak wzmocnić kadłub, a on najpierw się zdziwił, bo wydawało mu się, że mocny, a potem radził sprawdzić wszystkie bolce.
Narodziny Poloneza: Edward Hoffman (z lewej) i Kazimierz „Kuba” Jaworski – konstruktorzy jachtu
fot. E. Quigley / arch. Krzysztof Baranowski
Niezależnie od tego po wielu debatach z Collinem wstawiliśmy na warsztat kwadratowy słupek podpierający pokład od dołu, a stalowym odciągiem przytrzymaliśmy pokład do dołu.
Tylko zamknięcia zejściówki nie udało się zrobić na czas. Collin nie był w stanie wygrzebać się z pracami szkutniczymi. Może za mało mojej uwagi dla jego pracy, a może za dużo herbatek z Liz i Pamelą.
Dzięki Pameli puszkowe zapasy żywności są oznaczone i ochronione warstwą bezbarwnego lakieru. W oddzielnej torebce zdarte nalepki papierowe mogą w razie czego posłużyć do odtworzenia sposobu przyrządzania zawartości puszek. W takim stanie konserwy mogą iść na dno do zęzy.
Mapy w ostatniej chwili przyszły z Anglii pocztą lotniczą, kilka skasowanych, a niepotrzebnych map przyniósł też Wojtek.
– Bierz, przydadzą ci się.
Nawet pan Świechowski przyczynił się do wykreślenia jednej pozycji z mojego „awaryjnego” notesu. Przyniósł imadło w miejsce zżartego przez rdzę i rozbitego imadła wiezionego troskliwie z Polski. Od niego otrzymałem też afrykańskiego bożka przypominającego smutnego Pinokia. Podobno Zulusom przynosi szczęście.
Również na szczęście ma być Impi – wojownik, którego przyniósł Konrad, ale intencji Konrada nie jestem pewien. Nie wydawał się zachwycony tym, że Christine pomaga mi ładować puszki do zęzy, sam jednak podobnej pomocy nie zaproponował.
„Polonez” był już prawie wyremontowany i prawie załadowany na następny etap – wiodący Ryczącymi Czterdziestkami do Australii —- kiedy odwiedził mnie Brian Lello, naczelny redaktor South African Yachts and Yachting. Usłyszałem od niego historię jachtu „Damien”, którą muszę tu powtórzyć. Tym bardziej że była to już piąta osoba w Cape Town, która na wieść o mojej żegludze w Ryczących Czterdziestkach opowiadała o francuskich żeglarzach, którzy na „Damienie” trzykrotnie fiknęli kozła pod Południową Georgią i w Cape Town stawiali nowy maszt.
Opowiadali mi o tym: Joan, Collin, Konrad i Maciek. I teraz Brian Lello, autorytet w sprawach żeglarskich.
Dwóch francuskich żeglarzy wyruszyło z zamiarem dokonania czegoś więcej niż zwykły rejs dookoła świata – postanowili opłynąć Arktykę, a potem Antarktydę. Ponieważ Arktykę dość trudno opłynąć bez pomocy wielkiego lodołamacza, zaszli na Spitsbergen, Grenlandię i z Nowej Fundlandii pożeglowali już na południe do Ameryki Południowej. Po krótkiej wizycie na Amazonce wzięli kurs na Antarktydę, okrążyli Horn, po czym powrócili z Pacyfiku na Południowy Atlantyk przez Cieśninę Magellana.
Gdzieś pod Południową Georgią złapał ich potężny sztorm i jacht trzykrotnie wywrócił się masztem do dołu, łamiąc go za trzecim razem zupełnie.
Pełnomorskie jachty balastowe w zasadzie nie powinny się wywracać, gdyż ciężki balast, umieszczony nisko pod kadłubem, zapobiega przechyłom i jacht po uderzeniu wiatru lub fali staje jak wańka-wstańka w pozycji pionowej. Znane są jednak wypadki, gdy fala, spiętrzona silnym sztormem, uderza na jacht z takim impetem, że mimo braku żagli i mimo balastu przewraca go wokół osi wzdłużnej lub poprzecznej. Tak koziołkował Miles Smeeton na ,,Tzu Hang” (przez dziób), Francis Chichester na „Gipsy Moth IV” (przez burtę, bez pełnego obrotu), Marcel Bardiaux na „Quatre Vents” (przez burtę)[4]. Nie jest zbiegiem okoliczności, że prawie wszystkie tego rodzaju wypadki miały miejsce na Oceanie Południowym, w strefie Ryczących Czterdziestek czy Wyjących Pięćdziesiątek.
Ostatnia wywrotka „Damiena” była najgorsza, jacht zatrzymał się w pozycji masztem do dołu. Choć jest to możliwe podobno tylko teoretycznie, przez cztery pełne minuty załoga stała na suficie i patrzyła, jak woda sika wszystkimi szparami zejściówki i przez wentylację, jak poziom wody podnosi się coraz wyżej… Opowiadali później, że zastanawiali się nad użyciem rakietnicy, żeby to wszystko krócej trwało. Ale „Damien” wrócił do normalnej pozycji, pełen wody i ze złamanym masztem. Pod awaryjnym takielunkiem udało się go sprowadzić do Cape Town i postawić nowy maszt.
Joan mówiła, że byli to pełni życia, weseli chłopcy. Collin opowiadał o tragedii z nowym masztem, który z olbrzymimi trudnościami transportowano samolotem z Europy, koleją z Johannesburga i tu, na bocznicy w Cape Town, nieuważny ciągnik cofając się złamał końcówkę masztu.
Konrad był zdania, że to straceńcy, ale Christine zaoponowała.
– Nie rozumiesz ambicji żeglarskich – powiedziała.
Maciek oświadczył, że bardzo mu to wszystko imponuje, ale nie wybrałby się ani do Południowej Georgii, ani na Antarktydę, ani nawet na Przylądek Horn. Opłynąć świat – tak, ale nie trasą, którą płynął ,,Damien”, „Gipsy Moth IV” czy… Tu się zająknął, na co się roześmiałem.
– Nie krępuj się, możesz to głośno powiedzieć. „Polonez” też popłynie Czterdziestkami.
Pułapka prądów
Lubię wychodzić z portu w słoneczną pogodę i o zapowiedzianej godzinie. Ustalanie terminu oddania cum wydaje mi się absurdalne, ale co mam odpowiedzieć na pytania przyjaciół?
– Pod koniec miesiąca – mówię.
– Ale którego dnia, chcemy cię pożegnać.
– Wobec tego w niedzielę.
– Czy mamy od świtu warować, aż ty się sklarujesz?
– No to zaraz po obiedzie.
– Nie możesz po ludzku powiedzieć, o której godzinie?!
– Mogę. Oddam cumy o godzinie czternastej minut czternaście, zadowoleni?
I choć nie lubię takiego ustalania, które nie zostawia już wyboru, chcę wyjść punktualnie. Odpowiednio wcześnie przebieram się w brązowe spodnie-ogrodniczki i żółtą koszulkę, mój strój „wyjściowy”. Mike i Collin pracują jeszcze na pokładzie, więc ich przepraszam i dziękuję, bo już celnicy przychodzą na odprawę.
Świeci słońce i od Góry Stołowej dmucha Doctor Cape. Przedwczoraj jeszcze była dziesiątka, wczoraj „tylko” ósemka, dziś do południa „siadło” do czterech stopni w skali Beauforta i odetchnąłem z ulgą. Mimo wszystko nie lubię dramatycznych momentów na samym początku rejsu (później też ich nie lubię).
Na brzegu spora grupka znajomych i nieznajomych. Jest Joan i jej mąż Eric, Mike, Liz i cała czereda dzieciaków z „Walkabout”, Collin i Pamela z dzieckiem na ręku, jest Christine i pan Świechowski, Maciek Waligóra i Marek Celiński.
O godzinie 14 minut 10 jestem gotowy do wyjścia, ale postanowiłem wyjść punktualnie. Pod żaglami nie wymanewruję z ciasnego basenu jachtowego, ale w basenie portowym postawię żagle, choć wiatr będzie przeciwny. Jeszcze jeden rzut oka na kierunek wiatru, na cumy i ludzi na nabrzeżu. Na mój gest pożegnalny odzywa się ryk buczków, rożków i trąbek z brzegu i z jachtów. Jestem zaaferowany manewrem odejścia, a równocześnie odczuwam mocno jak nigdy oderwanie się od lądu. Zostawiam tu ludzi, z których gościnności nie zdążyłem skorzystać, zostawiam ląd, którego ani w części nie poznałem, zostawiam piękną pogodę na rzecz osławionych Ryczących Czterdziestek, towarzystwo na rzecz samotności. Mimo to nie zostałbym tu ani dnia dłużej niż potrzeba, bo moją koniecznością jest pośpiech – w stronę najbliższego sztormu, w stronę Australii, w stronę Hornu.
1972: Krzysztof Baranowski na Polonezie
fot. Jerzy Undro / arch. Krzysztof Baranowski
Z przyjemnością zauważam, że silnik działa na biegu wstecznym. „Polonez” majestatycznie odsuwa się od pomostu, kręci ciasne kółko i kieruje się do wyjścia. Sięgam po rożek mgłowy i odpowiadam, bo kakofonia z lądu nie cichnie.
Z jachtu, który mijam, woła komandor klubu, Pim Penso:
– Do zobaczenia w Cape Town na starcie następnych regat do Rio.
Kiwam głową, choć to drugie Cape Town, z drugiej strony Ziemi, bo po jej pełnym okrążeniu, wydaje mi się nierealne.
Teraz stawiam żagle, od bezana począwszy. Do wielkiego basenu portowego wchodzę już na żaglach. Jeden długi hals w kąt portu, zwrot przy sporym masowcu i kurs na główki portowe. Na lewej główce stoi paru znajomych. Jerzy Świechowski chce zrobić parę zdjęć i dla niego przede wszystkim zadaję szyku żeglarskiego. Włączam samoster i wychodzę na dziób, demonstrując samosterowność. Wiatr zaplątany w zaułkach portu nagle wypada na otwartą przestrzeń i napiera na żagle „Poloneza”. Lecimy jak na skrzydłach po gładkiej wodzie przyjmując wiatr z pół burty – 8 węzłów. Maciek bije brawo, a Marek krzyczy:
– Czy ty idziesz na silniku?!
Śmieję się w odpowiedzi, bo na „Polonezie” silnik niewiele ma do powiedzenia wobec żagli. Na wymianę słów już za daleko.
Ostrzę do wiatru i w bejdewindzie mijam falochron. Na jego krańcu dziewczęca sylwetka Christine. Robi zdjęcia dla Briana. Po chwili jestem już sam z morzem. Towarzyszy mi tylko Góra Stołowa i Dwunastu Apostołów.
1972: Krzysztof Baranowski na Polonezie
fot. Jerzy Undro / arch. Krzysztof Baranowski
Zapada mrok i ląd przestaje być częścią krajobrazu. Jest fikcyjną przestrzenią, jaka rozpościera się za linią brzegową. Najważniejszy jest brzeg, ale tylko po to, by rozmieścić na nim latarnie morskie i ograniczyć morze. Ląd może się nie nazywać, może nie istnieć, kiedy jacht ucieka na morze, byle dalej od przeszkód nawigacyjnych, które nieodmiennie wiążą się z lądem.
Baranowski, Krzysztof. Droga na Horn.
Warszawa : Iskry, 1974
str. 13-47
Źródło fotografii:
Baranowski, Krzysztof. „Polonez”. Round the World Singlehanded.
Warszawa : Sport i Turystyka, 1977
Dobór fotografii, podpisy i przypisy: Periplus.pl / Kazimierz Robak
[1] Pierwszych dziewięciu to:
Vito Dumas (Argentyna) – 1942-06-27 – 1943-08-07, s/y LEHG II;
Bill Nance (Australia) – 1962-09-13 – 1965-01-22, s/y Cardinal Vertue;
Francis Chichester (Wlk. Bryt.) – 1966-08-27 – 1967-05-28, s/y Gypsy Moth IV;
Alec Rose (Wlk. Bryt.) – 1967-07-16 – 1968-07-04, s/y Lively Lady;
Robin Knox-Johnston (Wlk. Bryt.) – 1968-06-14 – 1969-04-22, s/y Suhaili;
Bernard Moitessier (Francja) – 1968-08-22 – 1969-03-18, s/y Joshua;
Nigel Tetley (Wlk. Bryt.) – 1968-06-01 – 1969-04-22, s/y Victress;
Chay Blyth (Wlk. Bryt.) – 1970-10-18 – 1971-08-06, s/y British Steel;
Bill King (Wlk. Bryt.) – 1970-09 12– 1973-05-23, s/y Galway Blazer II.
Joshua Slocum (USA), który jako pierwszy znany nowożytny żeglarz samotnie opłynął świat (s/y Spray; 1895-04-24 – 1898-06-27), z Atlantyku na Pacyfik przepłynął Cieśniną Magellana, a Australię opłynął od północy, nie jest więc uwzględniany w kategorii „trzech przylądków”.
[2] O rejsie jachtu Dal z Polski do USA (w latach 1933-1934) i z USA do Polski (w roku 1980) przeczytacie na Periplusie:
► Roman Niewiadomski: „Zdobywca Atlantyku udziela nam wywiadu (rozmowa z Jerzym Świechowskim – 1935)” ◄
► Kazimierz Robak: „Krzysztof Baranowski i Dal” ◄
► Zenon Szostak: „Powrót s/y Dal – rozmowa z Wojciechem Jacobsonem” ◄
► Wojciech Jacobson: „Knaga i kipa z Dali” ◄
► Kazimierz Robak: „Transatlantyckie wojaże jachtu Dal – bibliografia” ◄
[3] Niestety: Wojtek Biały wypłynął 18 grudnia 1972 roku z Kapsztadu i zaginął bez śladu na morzu. Pisał o tym Zbigniew Klimczak w artykule ►„Polskie żeglarstwo startowało wraz z odzyskaniem niepodległości (cz. 2.3)”◄ (►Morze / Tawerna Skipperów, 2018-01-12◄):
„Otrzymałem ciekawy mail od Kolegi Orlanda Machnikowskiego z Londynu w związku z opisem rejsu jachtu 'Rozumek’ pod dowództwem Wojtka Białego. Smutna historia związana z jego zaginięciem w drodze powrotnej do kraju. Wiadomo było, ze stan jachtu jest kiepski, a nawet bardzo kiepski, a mimo to tak doświadczony żeglarz rusza w drogę. Otóż wg relacji korespondenta fakty wyglądały następująco. Cofnijmy się trochę w czasie.
Wojtek Biały przypłynął do Kapsztadu i wywołał sensację… Polski jacht zbudowany na bazie szalupy liberciaka… mocno przeciekający! Lokalny Klub Jachtowy przyjął go jako bohatera, załatwiono mu wizę pobytową. Dawano mu prace na jachtach (niejaki dr Warr), wziął udział w rejsie do Rio na jachcie miejscowego milionera i zajęli drugie miejsce.
Wojtek został celebrytą, pisała o nim prasa. Orlandowi opowiedział to inny polski żeglarz Maciek Waligura w 1972 roku, po jego zawinięciu do Kapsztadu i potwierdził to wspomniany dr Warr. W Jacht Klubie Wojtek po kilku głębszych miał zwyczaj opowiadać o wyższości komunizmu, mimo uprzedzania go żeby tego nie robił. Kiedyś w sztormową noc przyszła po niego policja, zawiozła do portu i kazała odpłynąć. Zniknął na zawsze… R.I.P. To były czasy apartheidu, donosów, podsłuchów. Cały Klub po cichu żałował Wojtka. Wszyscy go lubili, a on marzył o powrocie do Krakowa i otwarciu baru, gdzie będzie mógł snuć morskie opowieści.”
[4] O Marcelu Bardiaux przeczytacie (fascynujące historie) też na Periplusie. Odcinków jest siedem, ale wystarczy link do pierwszego:
► Kazimierz Robak: „Przypis i cień (cz. 1 cyklu „Metoda Bardiaux”)” ◄
