Kazimierz Robak: Rok 1967: Jimi Hendrix po Monterey. 7. Z górki, ale pod górę

W relacjach prasowych opisujących, a później komentujących, występ Hendrixa w Monterey powtarzają się stwierdzenia, że koncert ten otworzył przed nim Amerykę, że wchodził na scenę jako osoba nieznana, a schodził – jako pierwszej wielkości gwiazda, itp.

Rzeczywistość jednak nie była od razu tak różowa, ani nawet tak oczywista.

Jimi Hendrix: Electric Ladyland Portrait
Fot. David Montgomery, 1968

 

Hendrix i jego zespół zyskali wprawdzie owacje od publiczności i podziw od współuczestników festiwalu („to drugie cieszyło nas chyba najbardziej” – powie później Mitch Mitchell), ale ani kalendarz koncertowy grupy nie był wypełniony, ani recenzje nie były – przynajmniej z początku – aż tak entuzjastyczne, jak by się mogło teraz wydawać.

Krytycy – i to nawet nie tylko najbardziej konserwatywni – potrafili nazwać muzykę The Experience kakofonią, zachowanie Hendrixa na scenie – wulgarnym, obscenicznym i lubieżnie seksualnym, ubiór – pretensjonalnym, a jego akcje – zestawem tanich grepsów obliczonych pod publiczkę. „Psychodeliczny Wuj Tom” było w tym kontekście komplementem, nawet jeśli za tym szły stwierdzenia „wysuwał język mrówkojada”, „był okropny”, „nie umie śpiewać”.

 

Chłodno przyjęła Hendrixa Czarna Ameryka. W dobie rozpalonych dyskusji politycznych i napięć społecznych – w roku 1967, podczas „długiego gorącego lata”, Stany wkraczały w apogeum protestów przeciwko wojnie wietnamskiej i protestów czarnej ludności – część radykałów uważała go wręcz za zdrajcę: nie tylko przywiózł swych muzyków z zagranicy, ale byli to muzycy biali, w dodatku pierwszy występ The Experience odbył się w Monterey dla widzów białych. Kiedy dwa tygodnie po Festiwalu Woodstock – grając już z nowymi, czarnymi, muzykami – dał koncert w nowo­jor­skim Harlemie, na scenę poleciały butelki i jajka.

Mimo wejścia w Erę Wodnika i haseł nawołujących do wszechświatowej miłości i pokoju, rasizm trzymał się mocno i rozrastał w obie strony, nie omijając strefy muzycznej. Symboliczną wymowę ma fakt, że do założonej w 2010 roku instytucji, która dziś nazywa się National Rhythm and Blues Music Hall of Fame, sławiącej r&b, gospel, jazz i hip-hop – nieoficjalnego panteonu czarnych muzyków – Hendrix został wprowadzony dopiero w roku 2016.

 

Nawet Miles Davis początkowo, w 1968 roku, wyrażał się lekceważąco o muzyce Hendrixa, określając ją jako „hillbilly”[1] dlatego, że „miał tych dwóch Anglików w zespole”. Później złagodniał, a w Autobiografii (1989) napisał:

W 1968 tak naprawdę słuchałem muzyki Hendrixa, Jamesa Browna i Sly’a Stone’a. Jimi Hendrix wyszedł z bluesa, tak jak ja. W tym czasie zacząłem wyróżniać gitarę jako źródło dźwięku w mojej muzyce.

W 1968 roku Davis zaczął włączać do swojej muzyki elementy rocka[2], co początkowo spotkało się z negacją ze strony jazzowych – oczywiście! – ortodoksów, a jeden z krytyków napisał nawet: „było to tak, jakby w żeńskim klasztorze znaleźć podniesioną deskę klozetową”. Wtedy powiedział reporterowi Rolling Stone (wywiad wydrukowano w numerze grudniowym 1968), a potem powtórzył w Autobiografii:

Jimi potrafił muzycznie wziąć swoich kompanów za dupę, chociaż biali potrafią grać tylko w jednym tempie. […] Ale zabrzmiał najlepiej, gdy zaczął z nim grać Buddy Miles na perkusji i Billy Cox na basie.

Nie mnie polemizować z Milesem Davisem, który muzyk i kiedy brzmi najlepiej, ale trudno – zwłaszcza w kontekście tego „hillbilly” – zapomnieć, że Redding i Mitchell byli biali, a Miles i Cox – czarni.

Między oboma muzykami pojawiła się też kobieta. Miles Davis w roku 1969 wystąpił o rozwód oskar­ża­jąc swą drugą żonę o romans z Hendrixem. Jak zwykle w takich przypadkach, nie wiadomo, gdzie leży prawda. Hendrix nie wspominał o tym w ogóle. Davis – w pisanych 20 lat po fakcie wspomnieniach – mówi o rozwodzie dość lekko. Betty Mabry-Davis, wokalistka i modelka, nie kryje swej otwartości wobec Erosa ani romansów z Hugh Masekelą, Erikiem Claptonem czy Robertem Palmerem, aferze z Jimim zaprzecza jednak stanowczo.

Miles Davis: In a Silent Way
wydany 30 stycznia 1969; Columbia CK 4058

 

Hendrix i Davis spotkali się w połowie roku 1969. Było podczas tego spotkania – jak wspomina Davis – dużo muzyki, ale nie zachowały się nawet (a przynajmniej jeszcze nie wypłynęły) żadne taśmy z ich wspólnym graniem. Wtedy Davis zmienił już radykalnie swój stosunek do Hendrixa, były nawet plany wspólnej płyty, z udziałem Tony’ego Williamsa, ale menadżerowie obu jazzmanów zażądali po 50 tysięcy dolarów przed ich wejściem do studia i producent Alan Douglas wycofał się z pomysłu. Zabrakło mu nie pieniędzy, a myślenia perspek­ty­wicz­ne­go: na tych nagraniach zarobiłby miliony. Żal.

Davis zauważył echa swoich muzycznych dialogów z Hendrixem w albumie Band of Gypsys (1970).

Jimi Hendrix: Band of Gypsys
nagranie z koncertu 1 stycznia 1970 w Fillmore East, NYC; LP wydany 25 marca 1970; Capitol STAO-472

 

W Autobiografii, pisanej 19 lat po śmierci Hendrixa, Davis – poza „hillbilly” – na temat Hendrixa wygłasza same peany, które podsumowuje:

Po śmierci Jimiego zdałem sobie sprawę, że pomimo jego wielkości i pomimo tego, jak bardzo ja sam uwielbiałem jego muzykę – zwłaszcza grę na gitarze – pozostawał nieznany dla większości czarnych, bo dla nich był zbyt blisko białego rocka. Czarne młodziaki słuchały Sly’a Stone’a, Jamesa Browna, Arethy Franklin i wszystkich tych świetnych rzeczy, które wydawało Motown. Ponieważ ja sam zagrałem mnóstwo koncertów w halach, gdzie się grało biały rock, zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem jakoś spróbować dotrzeć ze swoją muzyką do czarnej młodzieży. Im podobało się funky, przy którym mogli potańczyć. Zanim wymyśliłem, jak to musi wyglądać, chwilę potrwało […] [tłum. Filip Łobodziński]

 

Jimi Hendrix: Electric Ladyland (okładka edycji brytyjskiej)
wydany 16 października 1968

 

LP Hendrixa, Electric Ladyland, został wspomniany jako jeden z najbardziej wpływowych albumów dekady w broszurze towarzyszącej kolejnemu wydaniu kultowej płyty Davisa – Bitches Brew (1969). Prawda: dopiero w 2010 roku, ale jednak. Krąg się zamknął.

Miles Davis: Bitches Brew
Pełna wersja grafiki wykorzystanej na okładce płyty wydanej 30 marca 1970 (Columbia)

 

 

Okoniem postawiła się Hendrixowi część stacji radiowych. Trzeba pamiętać, że rok wcześniej (lipiec 1966) na wez­wa­nie rozgłośni nadających na amerykańskim Południu, ci młodzi ludzie, którzy uznali, że ich wiara została obrażona, gdy John Lennon powiedział w wywiadzie dla London Evening Standard „jesteśmy popular­niejsi od Jezusa”, palili publicznie płyty Beatlesów i rekwizyty z nimi związane.

1966, sierpień; Waycross GA: młodzi chrześcijanie palą płyty Beatlesów.
W środku, z mikrofonem, DJ lokalnej stacji radiowej
Fot. Associated Press

 

Lennon później długo się z tych słów tłumaczył i, prawdę mówiąc, nie wytłumaczył się do końca…

8 sierpnia 1966, Birmingham AL:
Tommy Charles (l) i Doug Layton (p), didżeje stacji radiowej WAQY, rozpoczynają antybitelsowską kampanię od niszczenia płyt.
Fot. Associated Press

 

 

Dyrektor programowy nowojorskiej WMCA – jednej z najbardziej wpływowych rozgłośni amery­kań­skich jeśli chodzi o sprzedaż płyt – zabrał na koncert Hendrixa w Central Parku 12-letnią córkę i po im­pre­zie powiedział: „Po moim trupie!”, co dotyczyło w równej mierze The ExperienceThe Who. Sporo stacji z fal średnich ogłosiło bojkot „gnijącego trupa śmierdzącego z fal eteru”, ale był to okres w którym pałeczkę przejmowały radia nadające stereo na UKF, a te były na ogół progresywne. Zwłaszcza, że dostawały nagrania jeszcze przed ich pojawieniem się w sklepach.

Niemniej jednak 8 kwietnia 1967 r. Gordon McLendon, „magnat radiowy z Teksasu”, właściciel sieci stacji, opublikował na łamach muzycznego pisma Billboard w formie całostronicowego płatnego ogło­sze­nia „List otwarty do przemysłu muzycznego”. Domagał się od kolegów-radiowców ścisłego cenzu­ro­wa­nia tekstów prezentowanych nagrań „zgodnie z wymogami publicznej moralności, godności i dobrego smaku”. Za tę działalność otrzymał nagrodę specjalną od organizacji American Mothers Committee, a gdy ją odbierał, grzmiał do słuchaczek:

Mówiąc szczerze jesteśmy już zmęczeni sprośnymi tekstami. Dostajemy od branży muzycznej więcej niż możemy ścierpieć w zakresie gloryfikacji marihuany, LSD i aktywności seksualnej. Czy to jest to, co chcecie, by słuchały wasze dzieci?

Smaczkiem jest fakt, że McLendon, nazywany „radiową indywidualnością”, zarobił na ten przydomek m.in. założeniem pirackiej stacji radiowej nadającej program dla Wielkiej Brytanii i Szwecji ze statku zakotwiczonego poza wodami terytorialnymi tych krajów i lekceważąc kompletnie ich protesty.

 

W światku rockowym Hendrix też nie dla wszystkich był beniaminkiem. Facet, który w czasie krót­szym niż mgnienie dystansuje wszystkich, zostaje bożyszczem tłumów, zgarnia całą pulę kobiet do tej pory udzielających się równo w środowisku, powoduje znikanie kwasu hialuronowego z hurtowni farma­ceu­tycz­nych, a jego honoraria potrafią pochłonąć jedną trzecią fundu­szy imprezy, w której bierze udział kilkadziesiąt osób – niezależnie od poprawnych poli­tycz­nie publicznych wypowiedzi kolegów po fachu (koleżanki były chyba bardziej szczere w zachwy­tach) staje się obiektem zawiści i niechęci. Łagodnie rzecz ujmując.

 

 

Hendrix sam również nie był barankiem.

Na 20 czerwca 1969 The Experience miało zakontraktowany występ na The Newport ‘69 Pop Festival w Devonshire Downs, na obrzeżach Los Angeles. Był to drugi tego typu festiwal w Kalifornii i orga­ni­za­to­rzy wiązali z nim wielkie nadzieje. Występowały gwiazdy, m.in.: The Byrds, Marvin Gaye, Joe Cocker, Ike i Tina Turner, The Edwin Hawkins Singers, Taj Mahal, Buffy Sainte-Marie, Creedence Clearwater Revival, Eric Burdon i War, Jethro Tull, Steppenwolf, Booker T. & the M.G.’s, Johnny Winter, Marvin Gaye, Mother Earth, Three Dog Night.

Wśród nich jako najjaśniejszą gwiazdę zapowiadano Jimiego Hendrixa. Można się tylko domyślać, jak reklamę tej treści przyjęła (po cichu rzecz jasna) reszta wykonawców.

Hendrix wystąpił pierwszego dnia, w piątek 20 czerwca.

Prawda: poprzedniego dnia był w Toronto, gdzie kanadyjski sąd wyznaczył mu datę rozprawy za posiadanie narkotyków na 18 grudnia tego roku. Hendrix, który na ogół otwarcie mówił o tym, co i kiedy brał, tym razem z uporem twierdził, że fiolka z heroiną i śladami haszyszu została mu podana przez jakąś dziewczynę, a on ją wziął nie wiedząc, co zawiera. Prawdą jest jednak i to, że miał w perspektywie możliwość spędzenia za kratami nawet 20 lat.

Prawda: zamiast ósmej wieczorem, wyszedł na scenę niewiele przed jedenastą, publiczność więc czekała na niego blisko trzy godziny.

Prawda: nie było w tym jego winy, bo to organizatorzy zmagali się z problemami porządkowymi (łącznie aresztowano ok. 70 osób, a 15 po­licjan­tów i ok. 300 widzów odniosło obrażenia) i technicznymi – ale 40-tysięczna widownia była już tak naładowana, że spięcie nastąpiło na samym początku.

Prawdą jest bowiem i to, że Hendrix za sprawą (podobno) jakiegoś napoju naszprycowanego LSD był na odlocie.

Widząc i słysząc jak gra, publiczność zaczęła zacho­wy­wać się głośno. Hendrixowi po narkotyku puściły profesjonalne hamulce i stał się zaczep­ny. Ze słowami „Pierdolcie się! Zamkniecie się wreszcie?” skrócił utwór „Fire” i po pierwszych taktach „Hear My Train A Comin’” zaczął monolog: „Chyba nie gramy dla stada zwierząt, więc nie zacho­wujcie się jak zwierzęta. I odsuńcie sie od sceny, okej?”. Reakcji publiczności na nagraniu nie sły­chać, ale Hendrix ciągnął dalej w tym stylu, by wreszcie podsumować: „Udławcie się! Spierdalać!” A póź­niej zmienił słowa tekstu „Hear My Train”, wstawiając: „Szkoda, że już mnie, ludzie, nie kochacie. Szkoda, że zachowujecie sie jak banda głupków”[3]. Nawet nie na każdym nielegalnym nagraniu da się to znaleźć: na Newport Legacy po prostu skrócono „Fire” i usunięto „Hear My Train”, ale już na CD More Electricity From Newport, wydanym na Węgrzech w 1992 przez firmę Luna Records, słychać wszystko doskonale.

Występ The Experience był krótszy o kwadrans niż zazwyczaj. Hendrix zdawał sobie sprawę, że dał plamę, dlatego dodatkowo zagrał w niedzielę, 22 czerwca 1969, dżemując z Buddy Milesem, Erikiem Burdonem, Tracy Nelson z Mother Earth i muzykami z Full Tilt Boogie Band. Ten występ był na naj­wyż­szym poziomie, jednak ogólne wrażenie pozostało negatywne. Zwłaszcza, że reszta wykonawców wiedziała z gazet, że The Experience zgarnia sto tysięcy dolarów, czyli jedną trzecią festiwalowego budżetu.

Jeśli dodać do tego kłopoty organizacyjne: słaby sprzęt nagłaśniający, nieustanne buczenie policyjnego helikoptera, braki w zaopatrzeniu w napoje i jedzenie, niedostatek toalet, fakt, że większość z 200 tysięcy widzów weszła na imprezę za darmo przez płot, „tyle śmieci na terenie, że nie było się nawet można poło­żyć”, oraz chaos, zniszczenia i bijatyki z policją na ulicach miasteczka – nie dziwi decyzja lokal­nych władz: „Nigdy więcej żadnych festiwali!”

W prasie sprawa przycichła szybko, bo dwa miesiące później wydarzenia w kalifornijskim Devonshire Downs przyćmiły doniesienia z nowojor­skiego Festiwalu Woodstock, który odbywał sie w Bethel. Gospodarze  obu tych miast po imprezie powiedzieli to samo, co ich koledzy z Kali­fornii.

 

 

To już był rok 1969, więc można powiedzieć, że Hendrix gwiazdorzył. Ale potrafił pokazać kły już wcześniej.

Kronikarze odnotowali, a Pete Townshend po latach przypomniał, jak to następnego dnia po występie w Monterey spotkał w sali odlotowej lotniska Hendrixa, pogratulował występu i spytał, czy nie ma jakiegoś kawałka gitary, bo chętnie by go zachował na pamiątkę.

– I co? – warknął Hendrix z miną odpowiednią do tonu. – Może jeszcze chciałbyś, żebym ci się na nim podpisał?

29 stycznia 1967, Saville Theatre, Londyn: Jimi Hendrix i The Who
(Pete Townshend w białej koszuli bez marynarki).

 

Townshendowi niekoniecznie trzeba wierzyć, podobnie jak tym wszystkim, którzy pieją peany na cześć Jimiego, bo trzeba pamiętać, że w dobrym tonie jest sławić poległych bohaterów. Ale chyba tylko Clapton, który rzeczywiście przyjaźnił się z żyjącym Hendrixem, pozwolił sobie – w odpowiedzi na pytanie, jak przyjął kosmiczny start kariery Jimiego w Anglii – na odpowiedź krótką i treściwą:

– Wkurwił mnie do niemożliwości!

1967, Londyn: Jimi Hendrix i Eric Clapton
Fot. Sylvie Lèbre

 


[1] w tym kontekście najbliższym znaczeniowo wydaje mi się przymiotnik „prostacka” lub „prymitywna”, ale koniecznie z do­myśl­nym „muzyka białasów”.

[2] chodzi o album In a Silent Way (Columbia CK 40580, wydany 30 stycznia 1969, w którym – obok Davisa – wystąpili: Wayne Shorter (ss), John McLaughlin (g), Chick Corea (el.p), Herbie Hancock (el. p.), Joe Zawinul (el.p, org), Dave Holland (b) i Tony Williams (dr). Z tego składu McLaughlin i Holland, a później nawet sam Davis dżemowali z Hendrixem.

[3] Fuck off, will you shut up?! We hope we’re not playing to a bunch of animals, so please don’t act like some. Just lay back, OK? […] Y’all just choke yourselves. Fuck off! „It’s too bad you don’t love me no more, people, too bad you all have to act like a clown.”


 

Kazimierz Robak
26 czerwca 2019

Cdn.

 

Rok 1967: Jimi Hendrix w Monterey.

►► 1. „Wild Thing” (27 czerwca 2019)

►► 2. Jimi w Londynie (4 lipca 2019)

►► 3. Instrument w drzazgi (11 lipca 2019)

►► 4. Płonąca gitara (18 lipca 2019)

►► 5. Powiększenie (25 lipca 2019)

►► 6. The Troggs (1 sierpnia 2019)

Rok 1967 i dalej: Jimi Hendrix po Monterey.

►► 7. Z górki, ale pod górę (8 sierpnia 2019)

►► 8. The Monkees (15 sierpnia 2019)

►► 9. 50 lat temu (18 sierpnia 2019)

►► 10. Zenon Szostak: Hendrix a sprawa polska (22 sierpnia 2019)

►► 11. Ta trzecia (29 sierpnia 2019)

 


► Periplus – powrót na Stronę Główną